Jesz obiad z Martiną Hingis, Koby Bryantem, Rogerem Federerem. Rozmawiasz z nimi, są to normalni ludzie... O przebiegu kariery z Lucjanem Błaszczykiem rozmawia Karol Zabel
Życie pędzi do przodu jak szalone, ale patrząc na Pana nienaganną sylwetkę widać, że forma jest. Ile trwa już kariera Lucjana Błaszczyka?
Zacząłem w 9. roku życia, czyli jest to już 30 lat tenisa stołowego. Grałem 23 lata w reprezentacji, pół roku temu zakończyłem reprezentacyjną karierę. Forma jest, ale może nie taka jak była.
Dlaczego zrezygnował Pan z kadry?
Mam dwuletniego synka. Moje wyjazdy na zgrupowania były tak liczne, że po prostu byłem gościem w domu. Nie chciałem już takiego życia, 23 lata praktycznie byłem na walizkach. Poza tym nie było już takiego zacięcia, ochoty do podróżowania, brakowało motywacji do walki, czułem się wypalony i postanowiłem ustąpić miejsca młodszym. Mimo że nadal jestem najwyżej sklasyfikowanym polskim tenisistą stołowym na liście światowej to moje wyniki przestały mnie już satysfakcjonować. Czułem, że przyszedł czas na mnie, taki sportowiec doświadczony jak ja czuje ten moment i stąd moja reprezentacyjna kariera dobiegła końca. Wróciłem do Polski i mam kilka projektów w głowie.
Co na dalszym etapie życia będzie absorbowało Lucjana Błaszczyka?
Mam kilka pomysłów. Powołałem do życia Akademię Tenisa Stołowego w Drzonkowie. Będzie to europejska szkoła tenisa stołowego, gdzie każdy może, bez względu na wiek i umiejętności, pod okiem moim i trenerów, z którymi współpracuję, doskonalić swoją technikę gry i uczyć się tenisa. Od kilku dni działa już strona internetowa Akademii: www.lucjanblaszczyk.com - można tam uzyskać wszystkie niezbędne informacje.
Grał Pan ponad 16 lat w Bundeslidze, uważanej za najsilniejszą ligę w Europie. Jakie wspomnienia z gry w Niemczech?
Piękne. Najlepsza liga europejska, czołówka najlepszych graczy, często trzy mecze rozgrywane w tygodniu. Nie było czasu ani się smucić z przegranych, ani cieszyć z wygranych. To były ciągłe wyzwania. Wspaniała kariera i przygoda z moim klubem TTC Zugbrücke Grenzau. Sięgaliśmy dwa razy po Puchar Europy, trzy razy po mistrzostwo Niemiec, dwa razy puchar Niemiec, dwa razy byliśmy w finale Ligii Mistrzów. Jest to jeden z najlepszych klubów w Niemczech zaraz po Borussi Düsseldorf. Fajny czas, profesjonalny klub, ciężka praca, ale naprawdę było warto. Te doświadczenia chcę teraz przełożyć na nasz grunt.
Była era Andrzeja Grubby, Leszka Kucharskiego i Lucjana Błaszczyka. Jak Pan porówna do siebie pozostałych tuzów tenisa stołowego?
Najłatwiejszym porównaniem będzie ilość medali zdobytych na turniejach. Zdobyłem 12 medali mistrzostw Europy, Leszek zdobył ich kilka, Andrzej około tylu co ja. Grubba zdobył dwa medale mistrzostw świata, ja nie - tu jest lepszy. Ja zdobyłem w sumie więcej medali mistrzostw Polski - ja 34, on 26. Andrzej najwyżej był na 3. pozycji w rankingu światowym, ja - 19. Na Olimpiadzie mieliśmy podobne wyniki. Ja byłem w ćwierćfinale debla, on też. Ja byłem 16 w singlu (na olimpiadzie w Sydney), on też. Byłem przez 5 lat w Top 12. Prawdą jest, że Andrzej Grubba więcej grał na międzynarodowych arenach aniżeli ja. Tenis stołowy w czasach Kucharskiego i Grubby, w końcówce komuny, był bardzo popularny. Tak więc uważam, że był trochę lepszy.
Dlaczego tak mało jest tenisa stołowego w stacjach TV?
Podczas finału Superligi w 2001 roku we Wrocławiu w transmisji na żywo oglądało nas 6 tysięcy osób. Nastąpiła komercjalizacja mediów,więcej pokazuje się piłki nożnej. Tutaj Polski Związek Tenisa Stołowego przysnął. Kompletnie w dzisiejszych realiach nie potrafi się odnaleźć, nie potrafi pozyskać sponsorów, przychylności mediów. Wyniki cały czas były: moje medale mistrzostw Europy w drużynie, w deblu, złoty medal w mixie. Kiedyś Mistrzostwa Polski były pokazywane w Jedynce już od ćwierćfinałów, teraz z finałów może jest 20-sekundowa migawka. 20-sekundowa. Jest słaba promocja tej dyscypliny, a sport jest nadal piękny i mnóstwo ludzi go uprawia. W Niemczech jest 700 tys. licencjonowanych zawodników, w Polsce prawie 20 tysięcy. Są ligi amatorskie. To sport masowy, popularny, zdrowy, który warto uprawiać, a tym bardziej pokazywać w telewizji.
Nie każdy sportowiec ma okazję, jak Pan, być na 4 olimpiadach. Jakie wrażenia przywiózł Pan z tych imprez?
Każda olimpiada była inna. Pierwsza to duże przeżycie, szok. Wioska olimpijska, gdzie co 10 metrów widzi się gwiazdy sportu, które dotąd widziało się tylko w telewizji. Można z każdym porozmawiać na posiłkach. Je się obiad z Martiną Hingis, Koby Bryantem, Rogerem Federerem. Rozmawiasz z nimi, są to normalni ludzie. Fajne przeżycie. Na początku trzeba oswoić się z atmosferą panującą na olimpiadzie. Jak już to zrobisz, to chcesz walczyć o medal, o największe laury. Masz cel i na tym się skupiasz. Olimpiada to również czas, żeby wymienić się doświadczeniami z innymi gwiazdami sportu. Zazwyczaj my, tenisiści stołowi, znamy się w swoim gronie, a tutaj jest możliwość rozmowy z innymi. Nawiązują się przyjaźnie.
Z czym wiążą się niespełnione nadzieje Lucjana Błaszczyka? Jakiego medalu brakuje w Pana kolekcji?
Zdecydowanie medalu na olimpiadzie. Byłem blisko w singlu i dwa razy w deblu. W Sydney o wejście do 8 graliśmy z faworytami, Chińczykami, i prowadziliśmy 2:1 w setach i w czwartym prowadziliśmy 10:5, a jednak przegraliśmy w 5. secie do 19. Potem były Ateny, byliśmy wtedy w 8. i graliśmy o medal z Chińczykami. Też wyrównana gra, ale niestety przegraliśmy, a było 2: 2 w setach. Oni byli zdecydowanie najlepszym deblem w tamtym czasie na świecie, wygrywali wszystko. W moim singlu w Sydney pokonałem Grosjeana, w ćwierćfinale stoczyłem walkę z późniejszym mistrzem olimpijskim, Chińczykiem, i przegrałem 3:2. Potem on miał na swojej drodze Schlagera, z którym rzadko przegrywałem, więc tego najbardziej żal.Chińczycy, z którymi przegrywałem, w późniejszym etapie turnieju stawali na podium.
Medal byłby ukoronowaniem mojej kariery, ale widać nie było mi to dane. Jestem i tak szczęśliwy, że mogłem grać przez taki okres czasu i zaakceptowałem porażki. Zawsze mówię: te gry, które miałem wygrać, już wygrałem, te które miałem przegrać - przegrałem, a teraz to wszystko co się dzieje to dodatkowy bonus, że jeszcze jestem zdrowy, mogę się ruszać. Z mojego rocznika koledzy z reprezentacji, którzy grali ze mną, już dawno są trenerami bądź nie mogą uprawiać tego sportu, bo organizm odmawia posłuszeństwa.. Zawodowy sport to duże obciążenie dla organizmu. Mogę pograć spokojnie 2 - 3 lata w polskiej lidze, odtrenować w dół to, co przez lata wytrenowałem.
Co myśli Pan o naturalizacji Azjatów? Czy to ma sens? Czy kibice utożsamiają się z naturalizowanymi zawodnikami w poszczególnych kadrach?
Powiem, że jest to stara melodia... nikt nie ma na to wpływu. Dzieje się to od dobrych kilku lat. Federacja hiszpańska czy turecka składa się z Chińczyków i u nas też ma to miejsce. ITTF to ograniczył, ale przepisy na to pozwalają. Warunki naturalizacji zostały zaostrzone. Uważam, że kibice nie zawsze identyfikują się tak bardzo z naturalizowanymi reprezentantami jak ze swoimi zawodnikami. Moim zdaniem to słabość systemu szkolenia, że trzeba wspomagać się Azjatami. Należy zainwestować w trenerów, naszych zawodników. W Niemczech jest taki reprezentacyjny poziom, że Azjata nie ma szans wejść tam do reprezentacji. Zawodnik musiałby być z reprezentacji Chin, a wiadomo, tacy zawodnicy nie wyjeżdżają. Trzeba trenować młodych Polaków, żeby średni Azjaci nie zajmowali miejsc naszym.
Najlepszy zawodnik, z jakim Pan grał? Kto zrobił na Panu największe wrażenie?
Najwięcej tytułów Mistrza Świata w singlu ma Wang Le Chen. Jest to jedyny w historii zawodnik, z którym miałem okazję grać wielokrotnie i wygrałem 3-krotnie. Wangowi nie udało się jednak nigdy zdobyć medalu na olimpiadzie. Kong Linghui ma po jednym medalu z każdej imprezy: mistrzostw świata oraz złoty medal olimpijski. Było wielu znakomitych, trudno wymienić jednego. Ma Long, Waldner - niby najlepszy zawodnik wszechczasów, ma tyle tytułów co żaden inny zawodnik, legenda Person gra po dziś dzień i walczy w lidze niemieckiej. Person ma 47 lat i nadal gra w reprezentacji Szwecji, trzyma się znakomicie.
Co ten sport dał Lucjanowi Błaszczykowi?
Dużo. W tych latach, kiedy zaczynałem uprawiać nie najlepiej działo się w sporcie. Dzięki temu, że byłem dobry wyjechałem do ligi niemieckiej. Miałem dobre warunki do treningu, dzięki temu się rozwijałem. Poznałem mnóstwo ludzi, zwiedziłem świat. Nie ma miejsca na Ziemi, gdzie bym nie grał i nie był. Tenis dał mi naturalną swobodę finansową. Sport dał mi twardość charakteru w życiu prywatnym, patrzę bardziej optymistycznie, dla mnie nie jest wszystko tak czarne w życiu, jak ludzie opowiadają. Warto walczyć, są różne koleje życia, a sport pozwala je przezwyciężać. Są porażki, zwycięstwa, ale człowiek ma trochę grubszą skórę, jest silniejszy psychicznie. Poza tym mam 37 lat i jestem zdrowy - to zasługa sportu, mój brzuch nie wygląda najgorzej (śmiech).
Pana recepta na długowieczność?
Trzeba kochać, lubić to, co się robi. To musi być pasja. Nie można przychodzić na trening jak do pracy - z bólem, tylko z miłością. To sposób na życie, z zaangażowania może się urodzić coś dużego, no i trzeba wypracować sobie taki w miarę ekonomiczny styl gry, żeby się nie zajechać. Ludzie, którzy ekonomicznie się poruszają, grają dłużej. Chińczycy grają przez wiele lat wszechstronnie i mimo sędziwego wieku radzą sobie, a tacy zawodnicy jak Kim Ten Su, znakomity Koreańczyk, piórkowiec, który grał dużo forehandem, wkładał mnóstwo siły i w wieku 32 lat przestał grać w ogóle. Zawodnik, który wygrał w Atenach Ru Son Min zbliża się do 30. i myśli o końcu - też grał forehandem, używał dużo siły, miał siłowy styl gry. Trzeba wypracować swój system gry, aby móc wytrzymywać te lata ciężkich turniejów.
Duże znaczenie ma rakieta, jaką Pan gra?
Nie aż takie duże.
Gdyby wziął Pan zwykłą deskę do krojenia chleba, a ja prefesjonalną rakietkę wygrałby Pan z amatorem tenisa?
Rakietą zawodową można zagrać top spin, nadać rotację, a zwykłą nie można. Cała trudność polega na nadaniu odpowiedniej rotacji. Deską do chleba przebijałbym więcej niż każdy amator, na pewno wygrałbym, ale nie mógłbym ośmieszyć czy szybko wygrać. Odbijałbym bez rotacji. Pod tym względem ma znaczenie, jaką rakietą się gra. Jest mnóstwo firm produkujących sprzęt, te różnice są minimalne i w zależności od tego, co zawodnik lubi, do czego się przyzwyczaił, gra taką jaka mu pasuje. Nie ma tu dużych różnic.
Czego nauczył Pana tenis?
Tenis nauczył mnie rywalizacji, odpowiedzialności. Nie jak w piłce nożnej, gdzie gra 11 zawodników i do strzelania jedenastki wszyscy spuszczają głowy i nikt nie chce tego zrobić. U nas jak jest ważny mecz w drużynie, stoisz przy stole i jesteś odpowiedzialny za swoją grę. Nie ma zmiłuj, a sama rywalizacja jest czysto sportowa.
Jesteśmy w Złotowie, nie mogę więc nie zapytać o naszego wychowanka Pawła Fertikowskiego…
Paweł jest zawodnikiem bardzo ambitnym, ma wysokie cele. Miasto Złotów może być dumne, że ma takiego wychowanka. Wyniki ma coraz lepsze. Na Mistrzostwach Polski miał meczbola z Kłosowskim, z ustabilizowanym zawodnikiem grającym w niemieckiej Bundeslidze. W deblu sięgnął po srebrny medal z Danielem Bąkiem i miał kilka meczboli ze Schlagierem w lidze mistrzów. Rozwija się, gra coraz lepiej, żyje tym sportem. Postawił na tenis stołowy, może dużo osiągnąć. Miał kłopoty zdrowotne z biodrem, to go wytrąciło z równowagi, ale wrócił i, myślę, psychicznie jest jeszcze mocniejszy. Gra dojrzalej po tej kontuzji. Zauważyłem, że musi zmienić trochę styl gry, musi być wszechstronniejszy, wytrzymywać trening. Granie to jedno, ale do tego dochodzi podróżowanie po Polsce, całym świecie, zmiany czasu. Granie co dwa dni to dla organizmu wielkie obciążenie, które z każdym kolejnym rokiem coraz trudniej wytrzymywać. Przez 23 lata żyłem na walizkach i byłem w rozjazdach. Ciężki kawałek chleba, takie cygańskie życie. Zdrowie i zacięcie trzeba mieć, a nie każdy to ma. Życzę tego Pawłowi.
Co jest jego dobrą stroną, jakie są słabsze?
Dobrze serwuje, dobrze odbiera, ma nowoczesny styl gry, bardzo agresywny. Brakuje mu dobrego backhandu, musi nad nim popracować. Z czasem będzie pewnie wykorzystywał więcej meczboli niż teraz i wyniki będą lepsze. Jest na dobrej drodze. Jest jednym z 3-4 zawodników dobrze rokujących młodego pokolenia w Polsce i może być jednym z filarów reprezentacji Polski w najbliższych latach. Wszystko przed nim. Ma szanse, żeby liczyć się w Europie.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze