Zaczęło się niepokojem. Mąż przewrócił się na rowerze, a zięć powiedział: powinieneś zbadać się u neurologa. Pojechał do Piły. Oczekiwałam go, minęło cztery – pięć godzin. Do końca życia będę pamiętać, że powiedział przez telefon: to jest bardziej skomplikowana sprawa... Tak się dowiedziałam o jego chorobie. Jako lekarz wiedział, co to znaczy.
Myśmy za dużo nie rozmawiali na ten temat. Nie pamiętam rozmowy po jego przyjeździe ze szpitala, jak mąż mi wyjaśniał tę chorobę. Usiadłam do internetu i się przestraszyłam. Bardzo. Czytałam, głowa mi rosła, nabrałam tych wiadomości i już wiedziałam. Szukaliśmy ratunku, ale to było jasne, z jaką chorobą mamy do czynienia. Nadzieja była nikła.
Mężczyźni. Szukałam dla siebie dobrego człowieka, takiego jak mój tata. Tata był człowiekiem z wielką charyzmą. Jego nagła śmierć przerwała nasze dobre życie. Tata był kierownikiem tartaku w Nowej Świętej i był bardzo szanowany przez ludzi, to wiem. Jako dziecko i dorosła spotykałam osoby, które wspominały go bardzo ciepło.
To był wyrostek. Tragedia, dramat, tata zmarł. Mama została sama z czwórką dzieci. Tata był przystojnym, pięknym mężczyzną – z piękną duszą. Oczytanym. Z pokolenia na pokolenie mamy to czytanie. Czytamy w rodzinie wszyscy. Wnuczek, kiedy szliśmy na basen o 6. rano i ja się zbierałam jeszcze, to on w drzwiach czytał książkę, bo była okazja.
Jak poznałam męża? To piękne wspomnienie. Poznaliśmy się na półkolonii w Złotowie. Koleżanka zaprosiła mnie na wieczorek zapoznawczy. Mąż był tam lekarzem. Słuchaliśmy razem muzyki, spotykaliśmy się, poznaliśmy.

[[pay]]
Okazał się dobry. Czułam na każdym kroku, że jest ze mną. Proza: gdy szliśmy z samochodu, to nie ja szłam obciążona manatkami. To było naturalne. Mąż był dżentelmenem, niewątpliwie.
Gdy szłam do lekarza, to mąż zawsze był przy mnie. Przerywał swoje zadania i szedł ze mną. Czekał w poczekalni, czytał tam co prawda, ale wiedziałam, że jest. Tu nie potrzeba słów. Choćby tego na „m”.
To było dobre życie. Nie miałam większych kłopotów, bo miałam męża. Nie umiem mówić o tych najważniejszych drobiazgach.
Kiedy wzięliśmy ślub mąż był młodym stażystą, dokształcał się. Specjalizacje robił jedną po drugiej, lubił się uczyć, jeździł na kursy, a ja starałam się mu dorównać. Też miałam pęd do nauki. Też chciałam czegoś więcej od siebie.
Skończyłam technikum i poszłam do pracy jako stażystka. Byłam tam dzień i odeszłam. Nie dostałam konkretnej pracy, a chciałam czuć się potrzebna. Ogromnie się tam nudziłam, ale wróciłam tam do marzenia: chcę uczyć. Pojechałam więc do inspektora oświaty i powiedziałam: chcę być nauczycielką. I od poniedziałku pracowałam w szkole w Kleszczynie, z zastrzeżeniem, że skończę korespondencyjne liceum pedagogiczne. Potem zrobiłam Studium Nauczycielskie, ukończyłam Wyższą Szkołę Pedagogiczną, trzy studia podyplomowe, m.in. pedagogikę opiekuńczą i leczniczą. Rok pracowałam w Kleszczynie, potem w „Dwójce” w Złotowie, aż w końcu przejęłam szpital.
Tak, szpital. Klasę w szpitalu. Bardzo się do tego zapaliłam. Kochałam tę pracę. Nowatorsko, jak uczono mnie w Warszawie, tworzyłam dzieciom dom w tej szpitalnej klasie. Na ścianach dzieci grające w piłkę, siedząca babcia przy stole, piesek i kotek. Firanki, zasłonki, dywan, akwarium, pacynki. Jechałam nad jezioro z kufrem i robiłam pomoce naukowe. By dzieci uczyły się z radością. By w klasie było ciepło i przyjemnie.
Kiedyś jechałam z mężem, a tu rój pszczół na krzewie. Nagrałam ten piękny odgłos i puściłam dzieciom. Potem nagrywałam kury w kurniku, życie lasu, rechot żab, ptaszki o 5 rano, robiłam z tego słuchowiska. Moja klasa była kolorową oazą. Dzieci zapominały o bólu i tęsknocie.
Oboje z mężem pracowaliśmy, a w wychowaniu dzieci pomagała nam mama. Bardzo nam pomagała. Nie pamiętam, żebyśmy sobie z mężem coś wyrzucali. Jak potrzebowałam pomocy, to mąż mi pomagał. Czytał, ale przerywał i przynosił mi z piwnicy to, czego potrzebowałam. Bez mruczenia. Gdy robiłam imprezę, to wiadomo było, że mąż będzie kroił warzywa do sałatki, bo zrobi to najlepiej. Nigdy nie uciekał od tej pracy.
Tak dziś myślę, że mąż mnie często wyręczał. Nie wiedziałam nic o sprawach mieszkaniowych, tylko sygnalizowałam, gdy trzeba było coś zrobić. I on to załatwiał. Przez kogoś, bo nie miał zdolności majsterkowicza. Jak zegar rozebrał, to kończył on swój żywot w piwnicy. Rozebrać tak, złożyć już nie – taki jest mój mąż.
Za to nie było u nas rozliczeń finansowych. Nie miałam potrzeby się o to martwić, to mąż załatwiał wszelkie rachunki. Tak naprawdę jak my stoimy dowiedziałam się, gdy zachorował.
Jestem bardzo nudna, mówiąc o tych sprawach, ale mówię o dobroci męża. To jedno słowo przeważa nad wszystkimi innymi. Nad delikatnością, czułością, wrażliwością. Po prostu mąż jest wspaniałym człowiekiem. Myślę, że dla obcych również. W nocy jak sąsiad przyszedł po pomoc, to mąż wyskoczył z niezawiązanymi butami, wnet się zabił, widocznie sprawa tego wymagała. Nie było, że poza godzinami odsyłał kogoś z kwitkiem. Nie znam takich przypadków. Jest szlachetnym człowiekiem.
Na diagnozę mąż zareagował spokojnie, nie panikował, ale stał się zamyślony. Mimo naszych próśb nie przerwał pracy. Na pewno rozmawiał o tym z zięciem – lekarzem. Może z innymi lekarzami. Myśmy o chorobie nie rozmawiali, a może nie pamiętam? Koleżance chory mąż powiedział: zostaniesz wdową. Matko! Mnie mąż nigdy by tak nie powiedział...
Z każdym miesiącem choroba robiła postępy. W trzecim roku woziłam męża na wózku pod te drzewa przed blokiem. To był nasz spacer. Wracając mąż podciągał się na poręczach na schodach, a ja wciągałam wózek. Choroba szybko ogarniała go całego.
Działałam od razu. Nie ubolewałam, nie płakałam. Robiłam zmiany w domu: niwelowałam progi, wyrzuciłam jacuzzi z łazienki, wszystko, by miał jak najwięcej życia... A on ten szeroki wjazd do łazienki wykorzystał raz...
Szybko potrzebny był nam dźwig, bo mąż zastygł na łóżku. Przez otwór w tchawicy wprowadzono mu rurkę tracheostomijną, by mógł oddychać. Żywiony jest przez rurkę wprowadzoną do żołądka. Cały podłączony jest do aparatury. Dlatego ludzie zaczęli się go bać. Potrzebowałam pomocy, a opiekunki bały się samego odsysania…
Kiedyś załatwiałam mężowi komputer do rozmowy. Wypożyczyłam go na próbę. Absolutnie nie zdał egzaminu. Mąż nie mógł skupić wzroku na literkach. Ślizgał się po nich. Nie przemówił sztucznym głosem. Ale my się znamy. Zauważam każdy jego grymas, każde drgnięcie ręki. Interpretuję je po swojemu i staram się mu pomóc. Nieraz to trwa zanim trafię. Pytaniami staram się dojść, o co mężowi chodzi. Boli? Gdzie? Wymieniam partie ciała. Jak dotrę, że to noga, to pytam: góra? Nieraz chodzi o włączenie telewizora, a jeszcze gorzej, gdy o wyłączenie. Zależy mi na porozumieniu, bo inaczej nie będę mogła zaspokajać jego potrzeb. Oczy to teraz narząd najważniejszy. Martwię się, że te sygnały są coraz mniejsze.
Przykuty do łóżka jest cztery lata. Dla mnie to mgnienie czasu. Jestem przerażona, gdy ktoś mówi, że to dużo. Dla mnie czas jest względny. Wstaję, mam listę zadań i je realizuję. Mnóstwo takich rzeczy, które mąż robił. Nieraz rozpacz mnie ogarniała, bo nie miałam o wielu rzeczach pojęcia. A nie mogę go zapytać. Bardzo brakuje mi głosu męża. Jego rad. Mam jednak świadomość, że nie ma co histeryzować. Nie wolno mi tego pokazać. Nieraz tylko myślę: czemu nie mogę go o coś zapytać?! W podejmowaniu ważnych decyzji ogromnie mi męża brak.
Nigdy jednak nie pomyślałam, że jest mi tak strasznie ciężko, że już nic nie mogę. Czasem siadam wieczorem, biorę kartkę i piszę. Tak się wyżalę i rano ruszam do walki. Dopóki będę mogła, nie oddam męża gdziekolwiek. Widzę po nim, jak pragnie być w domu. Mąż nas potrzebuje. Mnie, dzieci, wnucząt. Także lekarzy, pielęgniarek, masażystów ze szpitala, którzy pomagają mi go podleczyć. Mąż jest tak dobrym człowiekiem, że trzeba mu coś dać od siebie. Chcę być przy nim. Chcę mu pomóc w dzień i w nocy. Ulżyć mu w cierpieniu. On jest uwięziony w swoim ciele. On już nic nie może. Może tylko tę jedną łezkę gdzieś tam po cichu puścić...
Najważniejsze jest bycie. Towarzyszenie. Głaskanie, czytanie jest najlepszym, co mogę mu dać. Jeśli nie przyjdę do niego, gdy mogę, to mam wyrzuty sumienia. Za to mówię mu wszystko: gdzie idę, po co, wyliczam mu te sprawy. Gdy zapomnę, to dopytuje, gdzie jestem – tak mi mówią opiekunki.
Interesuje pana, co mężowi czytam? Mam z tym problem, bo mąż był bardzo oczytanym człowiekiem. Dużo czytał książek naukowych, trudnych. Ja lubię powieści, z wartką, ale pozytywną akcją. Nie wojenne, bo nie daję sobie rady z ciężkimi przeżyciami innych ludzi. Pytałam w bibliotece, co mąż miał na karcie, żeby pójść tym tropem. Teraz jednak on nie może czytać tak ciężkich książek. Swoją mądrością doszłam, że jego stan jest zbyt poważny, więc czytam mu książki przyrodnicze i podróżnicze, poetów też.
Zawsze pytam, czy mu się podoba. Zdarza się, że powie „nie” po kilku stronach.
Bardzo mi przykro, gdy idę na spacer z psem i mijam ludzi trzymających się za ręce. Boli mnie wtedy serce. Przypominam sobie, że mąż kończył pracę wieczorem, zostawiał torbę w aucie i biegł mi naprzeciw. Chodziliśmy razem...
To już nie wróci. Nie wiem, co będzie dalej. Nie chcę końca. Potrafię się uśmiechać, wyjść na godzinkę na kawę. Gdy poszłam na pierwszą, musiałam to przerobić. Mąż leży, a ja wychodzę? Źle mi z tym było. Pytałam go: mam iść? On stanowczo, szczerze mówił, że tak. Tak to rozumiałam.
Wiele rzeczy muszę sobie tłumaczyć. Tak jak to, że najważniejsze, by mąż żył. Jak najdłużej. W jakimkolwiek stanie, byle był ze mną. Dla mnie ta choroba nic nie zmieniła. Cieszę się każdą chwilą z nim. Wiem, że on nie wstanie z łóżka, ale nie powtarzam tego w kółko. Nie rozdrabniam, nie roztrząsam. Ważne, że jest. Ważne, że dzieci do nas przyjeżdżają. Że spędzamy razem święta, urodziny. Pyta pan, czy mąż chce tak żyć? Tak. Czuję, że bardzo chce. Gdy coś się dzieje niepokojącego, to jego wzrok krzyczy: ratuj mnie! To jest spojrzenie „chcę żyć”. Ktoś może powiedzieć, że się mylę, ale ja znam każde jego mgnienie. Tak, cierpi ogromnie, ale chce żyć.
Czy go o to pytałam? Nie. Nie zadałam mu tego pytania. I nie zadam. Uważam, że takie pytanie… Można rozmawiać o śmierci, ale to zależy od wnętrza. Mąż nie poruszał tego tematu, więc wyciągnęłam dla siebie wniosek, że nie chce o tym rozmawiać. Rozmawiam o tym, jak mu pomóc. Dzięki tej chorobie poznałam siebie. Wiele zmieniło się w moim umyśle. Widzę, że mam ogrom siły. Dlatego czy będę podpierać się laską, czy kulać po podłodze, to będę o męża walczyć do końca. To jak z szyldem na naszych drzwiach. Wciąż widnieje tam napis: Zygmunt Dykier, lekarz (zakryłam tylko godziny przyjęć). Zostawiłam go z rozmysłem, bo przecież mąż żyje, mieszka tu i do końca będzie lekarzem.
A, jeszcze jedno. Wie pan, czego żałuję? Strachu. Panicznie bałam się latać, a mąż tak uwielbiał poznawać świat. Wybieraliśmy inne sposoby podróżowania, bo do samolotu wsiadłam tylko dwa razy. W końcu, gdy dla męża postanowiłam pokonać ten strach, on zachorował. Za późno się zdecydowałam...[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Piekna i smutna historia miłości.
Bardzo miło wspominam pana doktora, pracowałam ponad 30 lat w szpitalu - oddz.położniczym - wyrazy współczucia dla rodziny
Piękna historia... w życiu najważniejsza i prawdziwa jest tylko miłość...
Piekna i smutna historia miłości.
Bardzo miło wspominam pana doktora, pracowałam ponad 30 lat w szpitalu - oddz.położniczym - wyrazy współczucia dla rodziny
Piękna historia... w życiu najważniejsza i prawdziwa jest tylko miłość...