Reklama

Jestem zendorfiniony

03/02/2012 00:00
O poczuciu humoru Polaków i o tym, jak radzi sobie z udawanym śmiechem z Grzegorzem Halamą rozmawia Łukasz Opłatek

Po pierwsze najlepsze życzenia urodzinowe. Jak minęły Panu te pierwsze 42 lata życia? Więcej było śmiechu czy smutku?
W pierwszych latach życia dzieci mają wszystkiego pod dostatkiem: i śmiechu, i płaczu. Dobrze wspominam dzieciństwo, bo mieszkałem w starym budownictwie, otoczony byłem przez mnóstwo zakamarków. Urodziłem się w czasach komunistycznych, bywało, że stałem w kolejce po papier toaletowy. Świat się zmienił. Już na mojej córce to przetestowałem, pytając: czy wiesz, że jak ja się urodziłem to nie było jeszcze Internetu i komórek? A ona: Taaak?
[[reklama]]
Jest Pan absolwentem technikum elektryczno–elektronicznego. Życie artysty kabaretowego pełne jest różnych dreszczyków?
Jak jest zimno na przykład to wtedy mam dreszcz (śmiech).
Popularność przyniosły Panu “Śpiewająca bakteria” czy opowieści hodowcy drobiu. Wymyślił Pan je pod publikę, czy po prostu najpierw śmieszyły one Pana?
Ja robię tylko rzeczy, które mnie śmieszą na scenie. Nigdy nie robię rzeczy takich, które by mi się nie podobały, ale wiem, że ludzi śmieszą. Płacę za to cenę, bo w tej całej mojej popularności mam też swoich anty fanów. Ja wychodzę z założenia, że oni tego nie rozumieją. A poczucia humoru można się też uczyć.

Polacy potrafią się śmiać?
Przeciętne polskie poczucie humoru nie jest wybitnie rozwinięte. Wiadomo, że Anglicy mają tę poprzeczkę 5 razy wyżej podniesioną. Dlatego nie lubię oglądać polskich sitcomów, bo czuję się zażenowany tym, co proponuje telewizja. A wystarczy, że włączę serial Technicy – magicy, od razu przebieram nóżkami, takim jestem fanem brytyjskich produkcji.

Przygodę ze sceną rozpoczął Pan już w latach 80–tych. Przez ten czas patrzył Pan, jak zmienia się poczucie humoru Polaków. Co Pan zauważył?
Dostęp do zachodniej kultury choćby przez Interent trochę wspiera, trochę niszczy to, co my mamy fajnego Najgorsze jest to, że media są nastawiane na zarabianie pieniędzy. Jeśli ludziom robiącym telewizję z obliczeń wyjdzie, że więcej zarobią przerzucając węgiel, to będą to robić. Nie spotykam pasjonatów w szołbiznesie.

Dziś, gdy wolno śmiać się niemal ze wszystkiego i wszystkich łatwiej jest rozśmieszać ludzi?

Teraz też jest cenzura i nie wszystko można pokazać w telewizji. Także ze względu na przepisy. A propos słowa pis, które już się w zdaniu pojawiło: na początku rządów Kaczyńskiego media były spanikowane. Ja się zastanawiałem, czy się nie zawijać z kraju.

Stworzenie dobrego żartu, skeczu to nie jest dzieło przypadku, prawda?
Rzadko, bardzo rzadko. Jeśli ktoś potrafi śmieszyć np. w gronie rodzinnym, to niekoniecznie przekłada się na scenę. Warsztat artysty pozwala mu pokazywać to na scenie. Ale z biegiem czasu mózg się ćwiczy w tym.

Żart słyszany po raz wtóry rzadko kogo śmieszy. Artyści kabaretowi te same gagi powtarzają wielokrotnie. Męczy pana czasem opowiadanie tych samych dowcipów?
To jest jeszcze kwestia aktorstwa. Ja to pojmuję jako umiejętność emocjonalnego przeżywania tego o czym mówię. Stąd chętnie improwizuję na scenie, ale kompletnie nie mam na scenie problemu, że klepię coś mechanicznie. Staram się myśleć, że mówię coś pierwszy raz. Wtedy mam najlepszy kontakt z widzami. Ja nie mogę być tym zmęczony, bo ludzie to momentalnie rozpoznają.

W Pańskim zawodzie nie ma miejsca na niedyspozycję. Dobry humor to ekwipunek konieczny podczas każdego występu.
To jest mój zawód. Ktoś płaci za to, żebym go rozbawił. Życie jest okrutne. Nie mogę wyjść i powiedzieć: dzisiaj źle się czuję, to będzie mniej śmiesznie...(śmiech).

Jak Pan odreagowuje udawany, sceniczny śmiech?
Ja nigdy nie udaję zabawy na scenie. Tylko to, co się dzieje tu i teraz ma moc. Moje aktorstwo polega na tym, że staram się przeżywać tę chwilę między tymi ludźmi siedzącymi na widowni. Ja reaguję na każdą zmianę, która się wydarza: coś spadnie, ktoś wejdzie. To wykorzystuję.

Czy w takim razie rozbawiania ludzi można się nauczyć? Pan ukończył studium aktorskie L’Art Studio w Krakowie.
Od początku do końca każdy, kto wychodzi na scenę udaje. Kompletnie nie jest naturalne środowisko, w którym 300 osób siedzi i patrzy na gościa, który coś robi. Zawsze wystąpienie publiczne jest rodzajem gry.

To tak jak z magią – daje Pan ludziom coś, czego tak naprawdę nie ma…
Bywa, że mam grypę, ale wtedy łykam lek i daję występ. Na 10 minut przed występem dostaję zastrzyk energii, jakby był jej specjalny zapas. Jeszcze przez dwie godziny po występie jestem nabuzowany.

Na przeróżnych scenach spędził Pan już ponad 20 lat. Co dają Panu takie role jak ta Pana Józka – hodowcy drobiu?
A tak odwrotnie... Ja mógłbym spytać, co w ludziach pozostaje, ta część mnie, którą wyolbrzymiłem na potrzeby konkretnej postaci. Ja wierzę w to, że każdy człowiek składa się z tysięcy małych “ja”. U Józka przezabawne jest to, że staram się u niego wyłapywać pierwszą myśl. Jak widzi portfel, to nie myśli: czyj, a wypada, nie wypada, tylko jak każdy – ile tam jest...

Podczas śmiechu organizm ludzki wydziela endorfiny – hormony szczęścia. Po występie czuje się Pan nimi naładowany?
Zendorfiniony? (śmiech). Jestem nakręcony po koncercie. Lubię nawet wsiąść za kierownicę, pojeździć i w ten sposób zużyć trochę tej energii.

Wraz z dorastaniem, nabywaniem życiowych doświadczeń zmienia się również to, co nas śmieszy. Coraz trudniej Pana rozśmieszyć?
Poczucie humoru jest dość schematyczne. Czasami wystarczy mi, że znam samą konstrukcję dowcipu, żeby mnie on nie śmieszył. Jaka będzie puenta szczegółowo nie ma już znaczenia. Niestety jestem w stanie przewidywać około 60% dowcipów.

Patrząc wstecz widzi Pan rzeczy, z którymi kiedyś występował na scenie, a których dziś za nic by Pan nie wystawił?
Nie. Ja nie tworzę szybko i dużo z tego powodu, że nie chcę robić 500 skeczy, które klimatem będą do siebie podobne. Wyjątkiem jest Pan Józek, który stał się osobną postacią podejmującą różne tematy. Natomiast na występach staram się, żeby każda propozycja miała swój smaczek.

Dziś nie jest Pan już na niwie wznoszącej. Czym Grzegorz Halama zaskoczy publiczność?
A nie mam pojęcia. Pracuję cały czas. Niestety jeżdżenie po kraju jest potwornie męczącą rzeczą. Dziś Krajenka, jutro Białystok, pojutrze Kołobrzeg.

Do tego oczywiście daleko, ale wyobraża Pan sobie kabaretową emeryturę?
Z przyjemnością poszedłbym na emeryturę. No niestety mam kredyt, wydatki, rachunki, co zmusza mnie do ciągłego jeżdżenia po kraju z programem. Gdybym urodził się na Zachodzie, to z takim przebojem jak “Śpiworki” prawdopodobnie miałbym już z czego żyć do końca życia, a kto wie czy i nie moje dzieci. Ale żyjemy w Polsce, a tu jest ostra gra.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama