Wejść na stadion z flagą. Zakończyć karierę sportową udziałem w Igrzyskach Olimpijskich. Mieć własne mieszkanie, odnaleźć się po karierze sportowej w życiu codziennym - z Justyną Świerczyńską rozmawia Karol Zabel
Gdy pisaliśmy o Tobie w 2005 roku zmagałaś się z problemami finansowymi, a sport był całym Twoim życiem i nadzieją na przyszłość. Jak obecnie radzisz sobie w życiu i sporcie?
Dziś mija 7 lat od tamtego wywiadu i ciągle trenuję, jestem, walczę i na pewno, ku zdziwieniu wielu, szybko nie skończę.
Co masz na myśli mówiąc: nic się nie zmieniło?
Na terenie powiatu złotowskiego nie jestem uznanym sportowcem. Ludzie z miasta twierdzą, że nie wiedzą o moich wynikach sportowych, a przecież co chwilę ukazują się w gazetach wzmianki. Często tłumaczą się, że nie wiedzą, kim jestem, i nigdy na terenie powiatu złotowskiego mnie nie widzieli. Teoretycznie trudno mnie nie zauważyć, gdyż często trenuję na promenadzie, szosie w kierunku Świętej, Ptuszy, na głównej trasie w kierunku Piły. Często wydaje mi się, że jestem tu niechcianym zawodnikiem, bo wielokrotnie usuwano mnie ze stadionu miejskiego. Nie wstydzę się tego, że jestem stąd. Zarzucano mi często, że gdybym trenowała w Sparcie Złotów byłoby inaczej. Ja chciałam przejść z Gwdy Piła do Sparty Złotów, ale klub nie zaoferował mi nic. W PLKS Gwda Piła wyjazdy na zawody i obozy klubowe opłaca klub, a w Sparcie musiałabym robić to sama. W Sparcie nie ma trenera, a w Pile go mam i bardzo często jeździ za mną na rowerze, mierząc zakwaszenie organizmu, co jest bardzo ważne. Na pewno trenując na miejscu byłoby łatwiej, a tak muszę dojeżdżać i tego, póki co, nie zmienię. Jako że studiuję w Szczecinie mam zapewnione na czas przyjazdu na egzaminy stadion, siłownię, basen olimpijski - wszystko bezpłatnie.
Przypomnij swój początek przygody ze sportem. Jak to się stało, że zafascynowałaś się akurat chodem sportowym?
Urodziłam się 26. lutego 1987 r. w Złotowie, mieszkałam we wsi Podróżna. Aby dojść do obecnego poziomu musiałam przejść przez trudną sytuację w domu, m.in bezdomność. Gdy zaczęłam trenować ważyłam 89 kg i po prostu chciałam schudnąć. Pojechałam do Piły i trener stwierdził, że do niczego się nie nadaję, ale mogę spróbować chodu sportowego. Tak to się zaczęło. Rekreacja zamieniła się w zawodowstwo. Miałam kontuzję, która mogła mnie wyeliminować z dalszych startów, ale jednak startuję, trenuję i nie poddaje się.
Poświeciłaś się tej dyscyplinie bez reszty?
Tak. Dziś sport to już nie zabawa. Dziś sport to mój zawód. Jest to ciężki i monotonny kawałek chleba. Chód sportowy to jak budowa domu. Formę buduje się systematycznie, cegiełka po cegiełce. W chodzie jak się nie dopilnuje systematyczności to formy się nie zbuduje, cudów nie ma. Do wszystkiego dochodzę ciężką i monotonną pracą. Do ideału mi daleko, często zapominam o gimnastyce, brzuszkach, muszę pilnować i uczyć się systematyczności. Każdy dzień to nowe wyzwanie, inny trening, kolejne zadanie i trzeba temu sprostać. Nie ważne jaka jest pogoda i jaki mam dziś humor, nastrój - muszę trenować.
Co udało Ci się osiągnąć przez 7 lat? Czym możesz się poszczycić?
Startowałam w Akademickich Mistrzostwach Polski w biegach na przełaj oraz w chodzie sportowym, w Mistrzostwach Polski LZS w biegach na przełaj oraz Mistrzostwach Polski w biegach przełajowych. Co roku startowałam w Halowych Mistrzostwach Polski w chodzie sportowym oraz mistrzostwach Polski na 5, 10 i 20 km, w różnych kategoriach wiekowych jako juniorka, młodzieżowiec, seniorka i studentka, reprezentując uczelnię. Zjechałam całą Polskę, startowałam w Austrii, Francji, Słowacji, Litwie, Niemczech, Białorusi. Dziś mija 9 lat treningów, wyjazdów, startów i zawodów.
Wiemy, że oprócz treningów znajdujesz czas na inne zajęcia, m.in naukę.
Najważniejszy mój sukces to zdana matura w 2006 roku i pierwszy tytuł Mistrzyni Polski w chodzie sportowym juniorek na 20 km. W 2007 roku skończyłam szkołę zaoczną masażu w Gdyni i uzyskałam tytuł masażystki oraz skończyłam roczną policealną szkołę dzienną w Pile, uzyskując tutuł instruktora odnowy biologicznej. W tym samym roku w październiku dostałam się na studia fizjoterapii w Pile i z powodzeniem skończyłam je w 2010 roku. Dodatkowo w czerwcu w 2010 roku zrobiłam kurs instruktora pływania osób niepełnosprawnych.
Podjęłam studia magisterskie w 2010 roku na Uniwersytecie Szczecińskim na Wydziale Kultury Fizycznej i Promocji Zdrowia o specjalności Zdrowotne Podstawy Turystyki i Rekreacji Ruchowej. W tym roku będę kończyła szkołę i zamierzam obronić pracę magisterską. Jednak to nie wszystko. Jestem ambitna i póki zdrowie pozwala, forma rośnie, chcę trenować, ale sport musi iść w parze z nauką. To w przyszłości pozwoli mi zdobyć dobrą pracę. Od października 2012 roku zaczynam kolejne studia licencjackie na kierunku ratownictwo medyczne i, mam nadzieję, zapału do nauki mi nie zabraknie.
Sport to kontuzje, które i Ciebie nie ominęły…
Kontuzja wzięła się z mojej nadmiernej ambicji. Wyznaję zasadę, że dzień bez treningu jest dniem zmarnowanym. Jednak kiedy czuję formę nie mam hamulców, daje z siebie zawsze 100%. Tego dnia wróciłam po tygodniowej chorobie i chciałam pokonać 1 km w tempie, jakim pójdą zawodnicy na Olimpiadzie. Taka zabawa, ale kiedy nie rozgrzałam się należycie skończyła się tym, że po 300 m strzelił mi mięsień dwugłowy uda i to był koniec. Ogromny ból, każdego dnia większy, noga puchła. Jeszcze na siłę próbowałam walczyć w Zaniemyślu i na Litwie, ale nie dałam rady - ból był zbyt duży.
Rozumiem, że wróciłaś już do zdrowia?
W Pile i Złotowie nie znalazłam żadnego specjalisty, nikt nie potrafił mi pomóc. W internecie znalazłam Fundację Kamili Skolimowskiej. Napisałam pismo, oni wysłali zapytanie do Polskiego Związku Lekkoatletyki, czy jestem zawodnikiem rokującym. Otrzymali twierdzącą odpowiedź, więc zadzwonił do mnie pan Robert Skolimowski, czy dam radę dojechać do Warszawy do Kliniki Ruchu - to ta sama klinika, gdzie operowano niedawno Justynę Kowalczyk. W związku z brakiem finansów poprosiłam o pomoc Fundację Złotowianka i tę pomoc otrzymałam. Dwa dni leżałam z lodem na nodze, dwa dni trening - i tak w kółko. Potem ćwiczyłam zgodnie z zaleceniami fizjoterapeutów i stopniowo zwiększałam treningi. Basen, siłownia, zaczęłam biegać 15 km do 25 km dziennie i wreszcie zaczęłam chodzić. Dziś muszę się bardzo pilnować. Nauczyłam się wyważać trening i odpoczynek.
Twoja szczególna historia związana ze startami?
Trudno tu mówić o szczególnej historii ze sportem. Gdyby nie pewni ludzie, którzy w odpowiednim momencie stanęli na mojej drodze, nie dałabym rady. Tak naprawdę to co robię jest czymś co pozwala mi się spełniać. Zdarza mi się płakać ze szczęścia podczas akcji „Sport dobry na życie”, którą sama wymyśliłam. Jeżdżę po szkołach, pokazując zdjęcia, filmy z zawodów. Uczniom opowiadam o sobie po to, żeby pokazać młodemu człowiekowi, ile własną ciężką pracą można osiągnąć. Wpajam zdrowy styl życia. Po takich prelekcjach, spotkaniach od dyrekcji dostaję kwiaty i podziękowania i wielkie owacje od dzieciaków - i wtedy właśnie chce mi się płakać ze szczęścia.
Jak wygląda Twój dzień? Zapewne nie jest to dzień zwykłego Kowalskiego?
Dzień zaczynam od suplemetacji, tzn. na czczo wypijam 500 ml Flexit Dring (substancję wspomagającą regenerację i odporność stawów). Sprawdzam pogodę, pilnuję diety - rano tylko musli z jogurtem. Potem rozruch, mały trening 6 - 10 km. Trening docelowy zaczyna się w Pile codziennie o 17-tej. Jednak mój trening jest dłuższy, zaczynam wcześniej, już o 16-tej. Obiad o 13:00 - głównie węglowodany, makaron, ryż, kasza. Kiedy mam lekki trening typu rozchodzenie 12 - 24 km to zostaję w Złotowie.
Musisz godzić naukę ze sportem, a to wymaga zapewne wielu wyrzeczeń? Jak to robisz?
Tak. Pracuję i piszę pracę magisterską i zaliczam ostatnie półrocze. W związku z wysokim poziomem sportowym posiadam indywidualny tok studiów. Jestem ambitna w sporcie i tej ambicji nie brakuje mi w nauce. Jest ciężko, ale jestem studentem, który zdaje egzaminy normalnie i nie wydłuża sobie czasu nauki.
Z czego się utrzymujesz? Nie da się ukryć, że sport wyczynowy to są jednak duże koszty...
Obecnie, nie ukrywam, jest ciężko. Tak naprawdę, gdyby nie Fundacja Złotowianka musiałabym zrezygnować, gdyż nie miałbym finansów na dalszy rozwój. Przede wszystkim są to darowizny od zwykłych i anonimowych ludzi. Zbieram 1% podatku i dzięki temu udało mi się wyjść z kontuzji, przygotować do sezonu i wrócić na tor startowy. Dziś bardzo dziękuję za to wsparcie i wiarę. Utrzymuję się z tego co uda mi się dorobić oraz stypendium ze Skok Wielkopolska i Nafta Gaz Piła. Jednak bywa, że jest ciężko i czasem muszę dzwonić na uczelnię, że nie dojadę na egzamin, bo nie mam za co. Wykładowcy są wyrozumiali i rozumieją sytuację.
Jakie warunki muszą być spełnione, abyś mogła podporządkować swoje życie wyłącznie sportowi?
Aby móc tylko trenować, poświęcić się tylko sportowi i otrzymać stypendium z Polskiego Związku Lekkoatletyki muszę być w pierwszej ósemce na mistrzostwach Europy lub Świata w kategorii seniorskiej, co wcale nie będzie proste.
Kim byłaby Justyna Świerczyńska gdyby nie sport?
Wydaje mi się, że skończyłabym szybko szkołę zawodową, uciekłabym za granicę i pracowała jak każdy inny lub, co też możliwe, poznałabym kogoś, szybko zaszłabym w ciążę, aby uciec z domu i nieszczęśliwie mieszkałabym gdzieś bez szkoły, marzeń, na wsi. Być może z alkoholikiem z trójką dzieci, na zasiłku państwa. Jakoś innej alternatywy nie widzę.
Na co jeszcze poświęca czas Justyna Świerczyńska?
Uwielbiam zakupy w sklepie Decathlon i zawody lekkoatletyczne w TV i świetnie się czuję, pomagając na dyżurach w Zabajce. Uwielbiam zajęcia z dziećmi i rodzicami. Pomoc w Zabajce jest dla mnie taką otoczką, która nie pozwala mi robić z siebie gwiazdy i zawsze sprowadza na właściwy tor. Czuję się odpowiedzialna i potrzebna. Mam ciągle kontakt z zawodem, do którego posiadam uprawnienia. Niestety ze względu na dużą liczbę zawodów i wyjazdów obozowych nie mogę podjąć pracy zawodowo, bo w żadnej pracy nie dostanę tyle urlopu ile potrzeba i dla pracodawcy byłoby to uciążliwe. Chociaż mam nadzieję, że po zakończonej karierze sportowej będę pracować z dziećmi niepełnosprawnymi, bo czuję się w tym środowisku dobrze.
Twój ideał sportowca? Czy jest ktoś, kto robi na Tobie wrażenie, ktoś, kogo podpatrujesz?
Tak, zdecydowanie Justyna Kowalczyk. Mówią, że imię zobowiązuje. Chociaż podziwiam Kenijczyków, są niesamowici w konkurencjach wytrzymałościowych.
Jakie są Twoje marzenia?
Wejść na stadion z flagą. Zakończyć karierę sportową z udziałem w Igrzyskach Olimpijskich. Mieć własne mieszkanie, odnaleźć się po karierze sportowej w życiu codziennym, zaleź pracę, być dobrym i oddany pracownikiem - co wcale nie jest takie łatwe. A przyziemne marzenia to mieć dobry pulsometr, sporttester.
Jakie w najbliższym czasie czekają Cię starty?
21 kwietnia międzynarodowe zawody w Zaniemyślu w chodzie na 20 km - mam nadzieję, że uda mi się zakwalifikować do Pucharu Świata. 5 dziewczyn z najlepszymi czasami tam pojedzie tam, zakwalifikuje się do kadry narodowej. Żeby zakwalifikować się do Pucharu Świata do Londynu na dystansie 20 km muszę bardzo zbliżyć się do minimum olimpijskiego lub po prostu je uzyskać.
Na koniec uniwersalna rada dla młodego sportowca - jak zachęciłabyś kogoś do uprawiania chodu sportowego?
Sportowcem po prostu trzeba się urodzić, trudno kogoś zmusić w obecnych czasach do uprawiana jakiejkolwiek dyscypliny sportu. Póki w szkołach nie zmieni się system prowadzenia zajęć wychowania fizycznego to ja jako sportowiec nie jestem w stanie nic zrobić. Wiele dzieci nie wie, po co jest wychowanie fizyczne, traktują je od niechcenia. To zadanie nauczycieli, żeby wśród 1000 dzieci znaleźć i wychować jednego olimpijczyka. Również ogromną rolę w wychowaniu i wpojeniu znaczenia sportu i ruchu ma rodzic, to od niego będzie zależało, czy jego dziecko będzie sprawne.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze