- Byli tu tacy, co mówili, że po melinach nie kupują, oni Krakusa ze sklepu piją... Ja się ile razy śmiałem, bo to wszystko z melin było. Nasza wódka szła w sklepach jak woda - o złotowskich bimbrowniach opowiada pan Marian
Zaciskanie pętli
- Jak wódka pójdzie w górę, to państwowe zostanie w sklepach, a ludzie zaczną znowu pędzić bimber – pan Marian, pocierając dwudniowy zarost, komentuje propozycje WHO. - Czym jest większa wolność, tym jest mniej przemytu. Czym jest większe zaciskanie pętli, tym lepiej zakazany owoc smakuje. Jak młodzieży mówi się, że nie można, to wtedy trzeba – 60–letni mieszkaniec Złotowa ocenia ewentualne konsekwencje wprowadzenia ograniczeń w dostępie do alkoholu. Mężczyzna wie, co mówi, bo przez lata sam handlował bimbrem i zna ten proceder od podszewki...
Kąpiel w spirytusie
Żeliwna wanna, kilka rurek, kranik i ogień płonący pod szczelnie zamkniętym kotłem. Taka aparatura wystarczy, by zacząć produkcję samogonu. Dobrze było robić to w nocy, stąd nazwa bimbru: „księżycówka”. - Najpierw robi się zacier z cukru, zmielonych ziemniaków czy buraków – pan Marian opisuje początek tego procesu. – To musi trochę postać, zależnie od temperatury – dodaje, siadając na przykrytej bordowym kocem kanapie. Następnie zacier trafia do kotła, w którym jest gotowany. Wystarczyło tylko sprawdzić, w którą stronę wieje wiatr, by zapach alkoholu nie dotarł do nadgorliwego sąsiada i można było zaczynać. – Jak się gotuje, to leci z tego para, która idzie rurką przez zimną wodę w wannie. Para się skrapla i idzie przez kranik z gwintem na końcu wanny. [[reklama]]
Gotujesz i patrzysz, ile procent leci - ogorzały mężczyzna twierdzi, że procentowość płynu oceniało się za pomocą ogólnodostępnych alkoholomierzy, podobnych do tych, które dziś można kupić w sklepach dla winiarzy. – Gotowy bimber lało się w butelki i już. Na każdej wsi tak gonili – dorzuca mimochodem dawny właściciel spirytusowej meliny. Mężczyzna zaznacza jednak, że nie z każdej wody i samogonu można zrobić dobrą wódkę. – Do tego musi być woda destylowana. Jak była zwykła woda, to przy rozrabianiu osad się robił brązowy. Żeby tego nie było, to się kupowało wodę destylowaną. Można było ją kupić w cpn-ach, w sklepach. W jednej wiosce kupiło się 20 litrów, w innej z 30. Żeby nie zwracać uwagi, bo na co komu 200 litrów wody destylowanej...
Alkohol dla swoich
Meliny były tak w Złotowie, jak i w okolicznych wsiach. – Na wybudowaniach ludzie pędzili bimber w lasach – potwierdza pan Marian. Zakładając nogę na nogę dodaje: - Wszyscy wiedzieli, gdzie melina jest. Ludzie wiedzieli, i posterunkowy, i dzielnicowy wiedział. Przymykali oko za swoją działkę – mężczyzna bez skrępowania zdradza mechanizmy, jakimi rządził się ten proceder jeszcze kilkanaście lat temu. - Wszyscy to od nas brali. Szło tego dużo. Na wesele i z 50 litrów czystego ludzie brali. Potem sami sobie go rozrabiali czy z miodem, czy z czymś innym – mężczyzna daje do zrozumienia, że w nielegalny handel, choćby pośrednio, zamieszani byli wszyscy. – Wlewało się klientowi spiryt w butelkę, słoik zamknięty gumką, kankę, w co się dało – właściciel meliny ilustruje proces sprzedaży alkoholu. Nie każdy jednak mógł osobiście kupić bimber.
Pewne zasady bezpieczeństwa musiały być zachowane. - Stałych klientów było mnóstwo, ale obcy nic nie dostał, bo nikt go nie znał. Wtedy przychodził do mnie i mówił, żeby mu załatwić tyle i tyle litrów – złotowianin drapie się po przerzedzonej czuprynie. Od razu zaznacza, że inną zasadą bezpieczeństwa było nietrzymanie spirytusu bez akcyzy na własnym podwórku. - Mnie milicjanci nie trzepali, bo wiedzieli, że ja w domu nic nie mam – starszemu mężczyźnie lekko unosi się kącik ust. - Za posiadanie bimbru mogli sprawę założyć, grzywnę dać. Jak cię policja trafiła na drodze na przykład, to się mówiło, że się kupiło towar od Rusków na rynku. Ale producentem się nie było – takich podręcznych kłamstw złotowianin zna wiele. Zdarzało się, że ktoś wpadł, melin jednak przez to nie ubywało. - Jak jedną zlikwidowali, to zaraz następna powstawała. To wyrastało jak grzyby po deszczu – utrzymuje dawny bimbrownik.
Bimber z akcyzą
Nasz rozmówca najbardziej ożywia się w chwili, gdy pytamy go o konflikt bimbrowników ze sklepikarzami, którzy sprzedawali droższą, legalnie produkowaną wódkę. Pan Marian niemal parska śmiechem: - Byli tu tacy, co mówili, że po melinach nie kupują, oni Krakusa ze sklepu piją... Ja się ile razy śmiałem, bo to wszystko z melin było. Nasza wódka szła w sklepach jak woda.
Mechanizm miał być prosty, oparty na rachunku ekonomicznym. - Jak sklep brał wódkę z Polmosu i miał na nią kwity, to zamówił 30 czy 50 litrów spirytusu w dziupli. Tę oryginalną wódkę schował, a z kwitami na dziuplę jeździł. Jakby go chłopcy zatrzymali, to przecież kwity ma – 60–latek do dziś śmieje się z tego, jak łatwo było oszukać ówczesną władzę. Zdobycie butelek po wódce nie było żadnym kłopotem, nakrętek i nalepek również. – Z nakrętkami nowymi nie było problemu. Brało się nożyczki, ściskało się uchwytem nakrętkę na gwincie i obracało. Ona sama się wkręcała na gwint. To było błyskawicznie robione.
Podobnie było z etykietami. - Każdą naklejkę można było natrzaskać ile się chciało. U handlarzy się zamawiało, to grosze kosztowało – utrzymuje nasz rozmówca. - Naklejkę na 4 rogach smarowało się klejem takim brązowym jak w Polmosach i do skrzynki. Jak Ludowa schodziła, to się robiło Ludową, jak Krakus, to robiliśmy Krakusa – łatwo z bimbrownika można było poczuć się producentem. Wystarczyło zadbać o odpowiednią jakość produktu. - To musiał być oryginał spirytus. Akcyza była oryginalna w sklepie i 40% musiało być. Jakby była kontrol, to musiało się zgadzać. Nawet butelki były octowane, że się świeciły – opowiadającemu złotowianinowi "świecą się" oczy. - Tu w Złotowie żaden sklep nie wpadł – z nieskrywanym zadowoleniem dodaje pan Marian.
Rower za samogon
Pan Marian zapytany o to, dlaczego parał się tym „biznesem” odpowiada wprost: - Każdy chciał żyć. Co zrobić, jak nie było innej pracy? Nie, że lepiej mi było – mówi mężczyzna, który z produkcją samogonu miał zerwać 10 lat temu. Po chwili jednak przyznaje: - Szło z tego dobrze żyć. Miało się dobrą odzież, lepszy rower, można było wyjechać nad morze...
Zdaniem mieszkańca Złotowa to nie bimbrownicy rozpijali Polaków w czasie komuny. Robiło to Państwo. - Na 1 maja jak ktoś szedł na pochód, to podpisywał listę i dostawał ćwiartkę wódki i 10 dkg parówki z bułką! – 60–latek zapewnia, że sami bimbrownicy dużo nie pili. – Każdy pilnował swojego interesu, bo chciał zarobić.
Alkohol przez 8 godzin
Światowa Organizacja Zdrowia chce ograniczenia godzin sprzedaży alkoholu do 8 dziennie. Takiemu rozwiązaniu stanowczo sprzeciwia się Polska Izba Handlowa. Jak w tej sprawie postąpi polski Rząd, nie wiadomo – wstępna decyzja zapaść ma 29 lutego tego roku. Wiadomo natomiast, że prohibicja może spowodować rozrost bimbrowni. Zdaniem naszego „specjalisty” od nielegalnej produkcji alkoholu, po ewentualnym wprowadzeniu przepisów ograniczających sprzedaż procentowych trunków szara strefa może wrócić, choć może nie w postaci melin. – To się już nie opłaca, bo tani spirytus można kupić przy granicy. Oni to tam byle sprzedać po 5 zł, 6 złotych. Tu w Złotowie jest ze 100 osób, które przywożą alkohol – zapewnia zorientowany w szarej strefie pan Marian.
Łukasz Opłatek
Imię bohatera zostało zmienione
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze