Reklama

Na baczność przy Miodku

26/08/2013 00:00
O stresie przed spotkaniem profesora Miodka oraz wyrzutach sumienia względem Grzegorza Miecugowa z Sylwią Mróz - dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Złotowie - rozmawia Paweł Pochowski

Za dwa miesiące minie osiem lat odkąd przeprowadziła się Pani do Złotowa. Czy czuje się już Pani złotowianką czy jeszcze bojanowianką?
Już znacznie rzadziej łapię się na tym, że mówię „u nas w Bojanowie”. Ostatnio nawet jak była wystawa zdjęć Pana Kosiby powiedziałam „naszego miasta” i sama się do siebie uśmiechnęłam, że mówię „nasze”, choć poczułam się trochę  niezręcznie. Przecież były na sali osoby mieszkające tu od zawsze… Czasem jeszcze zastanawiam się czy mam do tego prawo. Ale ogólnie to czuję się już złotowianką.

Od ponad czterech lat jest Pani dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Złotowie. Dlaczego zdecydowała się Pani na tę posadę?
Raczej była to decyzja spontaniczna – jak większość w moim życiu. Lubię wyzwania. Stwierdziłam, że złożę teczkę, choć nie sądziłam, że mi się uda. Tym bardziej się ucieszyłam.

Gdy przyjmowała Pani tę posadę na pewno miała jakieś wyobrażenie o tym, jak może wyglądać  praca dyrektora MBP. Jak to wyobrażenie wypadło w konfrontacji z rzeczywistością?
Na początku byłam przestraszona, ponieważ na temat bibliotekarstwa nie wiedziałam zbyt wiele.  W związku z tym moim pierwszym krokiem było podjęcie studiów podyplomowych i jeszcze tego samego roku, dwa tygodnie po tym jak zostałam dyrektorem, byłam na pierwszym zjeździe. Sporo się też uczyłam od pań bibliotekarek, obserwowałam, choć oczywiście praca bibliotekarza, a dyrektora biblioteki, to nie to samo. Następnie rozpoczęłam wdrażanie swoich pomysłów. Na którejś sesji broniłam się i przekonywałam, że biblioteka to przede wszystkim dom książki i nie powinniśmy przekształcać jej w dom kultury, mam jednak wrażenie, że trochę poszłyśmy w innym kierunku – nie sądzę jednak, by to było czymś złym, tym bardziej, że literatura i książki priorytetem dla nas pozostały i na pewno pozostaną.

Jak Pani ocenia działalność biblioteki? Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Najbardziej jestem dumna z pań z którymi pracuję. One były dla mnie wielkim zaskoczeniem. Żadna nie przypominała zachowaniem tej sławetnej bibliotekarki w bamboszach, nałokietnikach, z koczkiem na głowie i ze zmarszczonym czołem. Niektóre z nich mają trzydziestoletnie doświadczenie, więc czuję się przy nich jakbym raczkowała. Są jednak na tyle kreatywne i na tyle otwarte, żeby razem podejmować najróżniejsze przedsięwzięcia, choćby kosztem prywatnego czasu. Tymczasem ja angażuję je chociażby w takie akcje jak „Noc w bibliotece z grami planszowymi” i nie mają nic przeciwko temu. Same chętnie się w to wszystko włączają. Wydaje mi się, że panie w pełni identyfikują się z biblioteką i czują się współodpowiedzialne za wszystko, co instytucji dotyczy. To świetny zespół. Jest jeszcze jedna istotna sprawa: mają ogromną dozę tolerancji do „miliona pomysłów na minutę” mojego autorstwa.

Jak wygląda typowy dzień w Pani pracy?
Jestem troszkę nadgorliwa i przychodzę bardzo wcześnie. Często jest to godzina siódma. Jak jestem przed ósmą to mam kaca moralnego, że straciłam tyle czasu. Dzień chyba jak każdy, rozpoczynam od maili i korespondencji, później są sprawy bieżące. Następnie próbuję zająć się tym co planowałam, niestety najczęściej jest tak, że co chwilę wyskakuje coś nowego. Do domu wracam więc z niedosytem, że to co zaplanowałam nie jest zrobione – ale to chyba taki charakter pracy. Są także rzeczy stricte bibliotekarskie jak zamawianie księgozbioru, sprawozdawczość, umawianie i opracowywanie spotkań autorskich, no i gros innych zadań.

Ulubiony moment podczas dnia?
Najbardziej lubię momenty, kiedy mogę odfajkować jako wykonane co najmniej połowę celów z listy rzeczy zaplanowanych do zrobienia. Bardzo lubię te chwile, kiedy po trudnych rozmowach z pracownikami  mam satysfakcję z poczucia, że  przeprowadziłam je dobrze. Zarządzanie zespołem nie zawsze jest łatwe, tym bardziej, gdy  mówimy o wybitnie żeńskiej grupie.

Nazwałaby się Pani pracoholiczką?
Mimo wszystko nie, bo na prywatne rzeczy także mam czas i umiem oddzielić te dwie sfery mojego życia. Mam swoje zamiłowania, pasje.

W jakim zakresie praca dyrektora MBP pozwala Pani na realizowanie zawodowych marzeń?

Myślę, że spełniam nie tylko swoje zawodowe marzenia, ale także realizuję się w sferach, których do tej pory nie brałam w ogóle pod uwagę. Mam możliwość poznania naprawdę ciekawych, fantastycznych ludzi o czym nigdy nawet nie marzyłam. Bałam się trochę takich konfrontacji, bo nie sądziłam, że ja będę miała o czym rozmawiać z np. Grzegorzem Miecugowem. Bałam się osobowości tego typu, ale jak ich poznawałam okazywało się, że im ktoś był bardziej znanym człowiekiem, tym okazywał się też bardziej ludzkim i normalnym.

Którą ze spotkanych osób zapamięta Pani najlepiej?
Niewątpliwie profesora Miodka. Kontaktowałam się z nim w sprawie spotkania, lecz nie miał czasu – po dwóch latach napisałam list, który rozpoczęłam słowami „Drżącą ręką pisze do pana profesora. Może Pan kojarzy, a może nie…” i tu przedstawiłam całą sytuację. Po trzech dniach odezwał się telefon, a po drugiej stronie słuchawki usłyszałam „Dzień dobry, Miodek z tej strony”. Aż stanęłam na baczność (śmiech). Nie wiedziałam co mam mówić. Duży stres miałam także podczas jazdy do Piły po pana profesora. Zastanawiałam się o czym, a właściwie jak mam z nim rozmawiać przez całe pół godziny, czy na tyle poprawnie potrafię się wysłowić… A tymczasem profesor Miodek okazał się zwyczajnym,  sympatycznym człowiekiem i spotkanie z nim będę pamiętać chyba najdłużej. Co więcej, mogę zdradzić, że pan profesor Miodek w kwietniu ponownie odwiedzi nasze miasto.

Puśćmy teraz wodze fantazji. Jaka propozycja skłoniłaby Panią do zmiany miejsca zatrudnienia? Co by to mogło być?
Jedna rzecz o której myślę odkąd skończyłam studia – lubię i realizuję się w malowaniu ścian. Oczywiście to nie jest takie malowanie na gładko, że tak powiem. Maluję murale. Gdyby ktoś przyszedł i powiedział mi, że ma pewny wkład, firmę i zatrudni mnie na jakiś dobrych warunkach, i będę zajmowała się aranżacją wnętrz czy wykonywaniem murali w pokojach dziecięcych – to może bym się na to zdecydowała.  Ta zabawa daje mi ogromną satysfakcję.

Wiem, że jest Pani miłośniczką tatuaży. Czym są dla Pani? Formą ozdoby ciała czy czymś więcej?

Sama nie wiem. Pewnie psychologicznie można by zdefiniować dlaczego ludzie się tatuują albo szukają nagłej zmiany wyglądu.  Ja się nad tym głębiej nie zastanawiam.  Po prostu coś musi się dziać. Lubię zmiany. Wiele osób mówiło mi, że tatuaże uzależniają i na pewno coś w tym jest. Zaczęło się od jednego, potem on się trochę rozrósł, no i… nadal korci. 

W jakich okolicznościach powstał pierwszy z nich?
Nie mam pięciu obrazków z różnej bajki. Każdy fragment tatuażu pewnie ma swoją genezę i podłoże. Tyle, że absolutnie nie jestem pamiętliwa i dziś nie umiałabym opowiedzieć dlaczego dawałam się „dziarać” w danym momencie i jakie zdarzenie niby ma symbolizować. Moja mama mawia: „Im starsza, tym głupsza”, no więc ostatnią sesję zorganizowałam sobie z okazji 33. urodzin. Poprawiłam całość i dorobiłam szarotki – symbol Tatrzańskiego Parku Narodowego, mojego ukochanego miejsca.

Co Pani czuła, gdy podczas spotkania z Jarosławem Kuźniarem i Tomaszem Zimochem Andrzej Kisiel wyciągnął swoją listę pytań dotyczących katastrofy smoleńskiej?
W ogóle nie kojarzyłam tego pana, a nawet gdyby, to i tak podałabym mu mikrofon. Przecież każdy ma prawo do zadawania pytań, nawet trudnych i kłopotliwych. Nie wszyscy muszą zgadzać się z poglądami zapraszanych gości, nie każdy musi ich lubić. Najważniejsze jednak, żeby w dyskusji nikt nikogo nie obrażał. Moja w tym rola, żeby tej granicy pilnować. Gdy padło pierwsze hasło, zrozumiałam, że będzie poważnie. Spotkanie miało się ku końcowi, więc trochę się wystraszyłam, że ten element zatrze wszystkim wrażenia z całości spotkania. Taka cierpka wisienka na torcie, który był naprawdę smaczny. Dla rozładowania sytuacji zadałam żartobliwe pytania o listach od fanek. Nie mam nic przeciwko krytyce i poważnej dyskusji, ale wydało mi się, że nie czas i miejsce na to. Zmartwiło mnie bardziej to, czego dowiedziałam się później, o korespondencji pomiędzy Jarosławem Kuźniarem, a Andrzejem Kisielem. Wydaje mi się, że Kuźniar może więcej do Złotowa nie przyjechać. Ja wspominam to spotkanie bardzo ciepło i miło, ale konsekwencje i późniejszy efekt pozostawia jakiś niesmak.

Swego czasu pojawiały się zarzuty ze strony złotowskich radnych o tendencyjny dobór gości. Jak to jest, że oni krytykowali, lecz mieszkańcy i tak w całości zapełniali salę tłumnie przychodząc na takie spotkanie?
Trochę się z tego śmieję, ale to raczej smutny uśmiech. Dowiedziałam się, że jestem „czerwona” bo zapraszam „czerwonych gości”. Ta przyklejona mi metka pewnie w osobistych anegdotach zostanie na zawsze. Już nawet ściany w mieszkaniu pomalowałam na czerwono (śmiech). Oberwało się na forach nawet mojemu tacie, a on tyle ma wspólnego z czerwonym kolorem, ile wyhoduje w szklarni pomidorów. Może klucz, którym ja próbuję dotrzeć do gości nie wszystkim odpowiada. Nie jest łatwo dotrzeć do wszystkich. Np. profesor Miodek przyjeżdża w tym roku do Piły i dzięki temu udało się zorganizować spotkanie także w Złotowie. Ale to chyba nie najlepszy przykład dla krytyków mojej osoby. Skwituję to może w ten sposób: „Jeszcze się taki nie urodził…”, na szczęście frekwencja podczas spotkań pozwala mi wierzyć, że wiele  osób, tak jak ja ceni dorobek zapraszanych. Jeśli nie - zawsze jest okazja do polemiki wzorem pana Kisiela. Zapewniam, nikogo z sali nie wyrzucę i nikomu nie odbiorę głosu.

Kto z tych znanych osób miał odwiedzić Złotów i było blisko spotkania z nim, jednak z jakiś powodów się to nie udało?
Wydawało mi się, że byłam o malutki krok od zorganizowania spotkania z Supernianią – Dorotą Zawadzką. Rozmawiałam z nią po rozdaniu nagród podczas zeszłorocznej gali „Cała Polska czyta dzieciom”. Zgodziła się, prosiła o kontakt – napisałam maila, niestety odpowiedzi nie dostałam. Próbowałam skontaktować się z nią w inny sposób, póki co – bezskutecznie. Skoro jednak wywołana została akcja Fundacji ABC XXI, bardzo chciałabym, przy okazji tego wywiadu podzielić się z Państwem naszą radością.  Po raz kolejny praca naszej biblioteki została doceniona na ogólnopolskiej arenie. W tym roku otrzymałyśmy superstatuetkę - najwyższe do zdobycia wyróżnienie w znanej wszystkim kampanii społecznej „Cała Polska czyta dzieciom”. W kampanii bierze udział około 6400 liderów i koordynatorów z około 2400 miast i miejscowości. Myślę, że jest się czym chwalić. W naszej bibliotece liderem jest pani Karolina Bartosz - kierownik Oddziału dla Dzieci i Młodzieży, i to ona odbierać będzie nagrodę. Jak na miejscu będzie Dorota Zawadzka, to znowu spróbujemy z nią porozmawiać.

Kto z zaproszonych dotychczas gości był „najdroższy”, a kto „najtańszy”?
Wcale nie jest tak, że im ktoś większy, tym droższy. Wprost przeciwnie. Mam pewne wyrzuty, że proponuję za mało – mówię m.in. o Grzegorzu Miecugowie, który przyjechał z Warszawy  wyłącznie do Złotowa, swoim autem i za całość dostał osiemset złotych, a gotowy był przyjechać nawet za darmo. Pan Jarosław Kuźniar i Tomasz Zimoch również okazali miły gest-  swoje honoraria przeznaczyli na złotowskie Hospicjum. Natomiast tego, kto otrzymał najwięcej nie będę zdradzała.

Wielu dyrektorów bibliotek narzeka na brak środków finansowych, jednak Pani udaje się organizować ciekawe akcje. Skąd biorą się na to pieniądze?
Czasem żeby coś zorganizować, nie trzeba wielkich nakładów. Trzeba się tylko nieźle nagłówkować, no i poświecić oczami, że „instytucja kultury”, że dla mieszkańców, że takie czasy.  Nie potrafię  jeszcze chodzić i prosić o sponsoring, zresztą nie byłam do tego zmuszona, za co dziękuję i radnym  i przede wszystkim burmistrzowi. Są jednak osoby, na przyjazd których nas po prostu nie stać, a jestem przekonana, że sala, a może nawet hala widowiskowo - sportowa byłaby pełna. Mówię choćby o Wojciechu Cejrowskim.

Podaje się, że statystyczny Polak czyta jedną książkę rocznie. Jak prezentuje się poziom czytelnictwa w Złotowie na tle reszty kraju?
Nie wyróżniamy się pod tym względem w żaden sposób. Jest sporo osób, które czyta dużo, ale jest gros osób, które praktycznie nie czyta wcale. Myślę, że jesteśmy na tym samym poziomie co reszta kraju – nie jesteśmy ani gorsi, ani też lepsi.

Tradycyjne, drukowane książki i pisma powoli tracą popularność na rzecz e-booków i internetu. Jak wyobraża sobie Pani bibliotekę przyszłości? W którą stronę będzie ewoluować ta instytucja?
W kręgach bibliotekarskich dyskusje na ten temat i polemiki były już dawno. Jeżeli ktoś czyta e-booki za pomocą tabletu czy innych nośników elektronicznych, to ta sama osoba sięga po tradycyjne książki w formie papierowej i lata miną zanim forma elektroniczna wyprze książkę. Nie martwię się o to.

Jaka jest Pani ulubiona książka?
Pierwsze skojarzenie – Mały Książę. W sumie nie książka, a książeczka. Wracałam do niej od czasu do czasu i za każdym razem znajduję tam jakieś nowe myśli.

A jaka książka zrobiła na Pani ostatnio największe wrażenie?

Każdy szczyt ma swój Czubaszek - bardzo sympatycznie poprowadzona rozmowa Artura Andrusa z Marią Czubaszek. Panią Marię od czasu wizyty u nas, od  wesołego spotkania, od zalanej przez nią kawy gorącą wodą z kranu, po prostu uwielbiam. Bardzo cenię sobie także poczucie humoru trójkowego dziennikarza Artura Andrusa. Teraz kolejny ciekawy duet - Mann z Materną i książka pt. : „Podróże małe i duże”, właśnie zaczęłam czytać.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama