-Tam gdzie są ludzie, zdarzają się kontrowersyjne sytuacje, ale dla mnie najistotniejsze jest to, by umieć wszystkie sprawy rozwiązywać na pewnym poziomie przyzwoitości, na pewnym poziomie kultury osobistej, wyciągać wnioski i iść dalej. Ja potrafię to robić ? w rozmowie z Patrycją Koplin mówi Jolanta Rusinowska
Ten ostatni tydzień przed weekendem był pewnie dla Pani ciężki i trudny. Czy ciężki? Nie, ani ciężki, ani trudny. Ja mam rodzinę, dobrych znajomych i przyjaciół. To nie był trudny czas.
Czy łatwo było wrócić do pracy po weekendzie majowym, nie bała się Pani? Nie. Czego miałam się bać? Ja uwielbiam swoją pracę i uczciwie ją wykonuję, więc czego się bać? Kocham to, co robię. Wróciłam tutaj z radością i uśmiechem. Dla mnie ten weekend był zdecydowanie za długi, chętnie przyszłabym do pracy znacznie wcześniej.
Bardziej aniżeli o strach pytam o atmosferę w pracy. Tu u mnie, w gimnazjum? Pewnie trudno w to uwierzyć wielu osobom - atmosfera jest dobra. Ja sama zawsze staram się być pogodna, uśmiechnięta, dzieci są dla mnie najważniejsze i staram się budować pozytywny klimat. Jeśli ktoś nie chce go dzielić, to już jego problem. Ja, jako dyrektor szkoły i nauczyciel, tworzę dobrą atmosferę. Dla dzieci właśnie, bo wychodzę z założenia, że bycie nauczycielem jest służbą dzieciom i rodzicom. W szkole jest kilka podmiotów – dzieci, rodzice, nauczyciele, pracownicy obsługi i administracji – dlaczego się o nich zapomina? Najważniejszym jednak podmiotem są uczniowie i zdania w tej kwestii nie zmienię. My, wszyscy pracownicy szkoły, jesteśmy dla nich, właśnie im i ich rodzicom mamy służyć. Oczywiście o pracowników trzeba dbać, ale nie jest to podmiot nadrzędny w szkole. Nadrzędnym podmiotem jest dziecko.
Jak wyglądają relacje z nauczycielami, którzy pracują w gimnazjum, a którzy niekoniecznie są po Pani stronie? Dla mnie one są jak najbardziej poprawne. Pani Patrycjo, uważam, że bycie nauczycielem do czegoś zobowiązuje. Jest etyka zawodowa, są pewne zasady, normy moralne – ogólnie przyjęte. Być może jest „kilku nauczycieli gimnazjum” – jak wynika z Pani artykułu, którzy mi nie sprzyjają i „pracują w oparach absurdu”, nie akceptują moich działań, ale ich postawa nie ma wpływu na relacje, to oni mają problem absurdu. Dowodem jest choćby wczorajsze spotkanie zespołu wychowawczego, w którym właśnie tych kilku nauczycieli uczestniczyło. My rozmawiamy, ustalamy, komunikujemy się, a ta cała sytuacja jest ponad nami, bo tego wymaga nasz zawód. Byłoby nieporozumieniem, gdybyśmy toczyli jakieś otwarte wojny. Wszędzie, w każdym zakładzie pracy, a szczególnie tam, gdzie pracuje zbiorowisko ludzi, są różne poglądy, róże temperamenty, różne zapatrywania na szereg spraw i to jest zupełnie normalne. Tam gdzie są ludzie, zdarzają się kontrowersyjne sytuacje, ale dla mnie najistotniejsze jest to, by umieć wszystkie sprawy rozwiązywać na pewnym poziomie przyzwoitości, na pewnym poziomie kultury osobistej, wyciągać wnioski i iść dalej. Ja potrafię to robić. To samo powiedziałam nauczycielom na początku mojej kadencji dyrektorskiej. Różne sytuacje miały miejsce w czasie jej trwania, ale one dzisiaj zaowocowały tylko dobrem i jeśli którykolwiek z pracowników powiedziałby, że wykorzystywałam jakieś zaszłości, to jest to nieprawda. Szkoła, tak jak każdy zakład pracy, nie jest miejscem spotkań towarzyskich. Przychodzimy do pracy wykonywać swoje obowiązki. Zanim przyszłam do Radawnicy 23 lata już pracowałam w zawodzie nauczyciela, miałam więc sporo koleżanek i kolegów, ale my przede wszystkim pracowaliśmy dla dobra dzieci. Szkoła to nie jest miejsce, w którym powinniśmy dywagować nad rodzajem relacji – czy są mniej, czy bardziej przyjacielskie. Nie, tu się przede wszystkim pracuje. Jesteśmy tu po to, by służyć dzieciom swoją wiedzą, swoją kulturą, swoim autorytetem, swoim sercem i zrozumieniem. A że są czasami tarcia? Muszą być. Wyczytałam ostatnio, w tegorocznym maturalnym tekście publicystycznym, że „Rozwój sam się nie dzieje, a bez prób i bez błędów nie ma postępu”. Tak uważam, rozwój może nastąpić wyłącznie przez postęp, a postęp, moim zdaniem, to działanie. Tam, gdzie jest działanie, są błędy, są różne poglądy, zmiany.
Przechodząc do konkursu. Czy zaskoczył Panią jego wynik? Czy zaskoczył? Nie, dlaczego, ja szanuję prawo, demokrację i pewien poziom. Wierzę, że wynik był skutkiem tajnego głosowania, zgodnego z prawem, demokratyczny, więc dlaczego miałby zaskoczyć. Konkursy mają to do siebie, że muszą być zwyciężeni i przegrani, tego uczymy również młodzież i dzieci, najważniejsze, żeby było to zgodne z prawem, merytoryczne i na odpowiednim poziomie. Wierzę, że w moim przypadku tak właśnie było i ja to po prostu akceptuję.
Czy miała Pani jakieś wsparcie przed konkursem? Tak, oczywiście. Tysiące smsów. Uważam, że bardzo dużo tutaj zrobiłam i byłoby nie w porządku, gdybym zawiodła wszystkie osoby, które mnie wspierały, również uczniów, i nie przystąpiła do konkursu. Czy byłam zaskoczona? Powiedziałam wielu moim znajomym: „nadzieja umiera ostatnia”. Wielu rodzicom, którzy mnie wspierali, przysyłali przed konkursem sms: „trzymamy kciuki”, „jesteśmy z Panią” itd., nauczycielom, którzy przeżywali wszystko bardzo głęboko. Do końca miałam nadzieję, w końcu po to się staje do konkursu, żeby go wygrać. Podejrzewam, że moi kontrkandydaci startowali z takim samym nastawieniem i to szanuję. Cieszyłam się, że jest konkurencja, byłabym pewnie jeszcze bardziej zadowolona, gdyby była większa. Zdrowa rywalizacja nie jest zła. Cieszyłam się, nie byłam wrogiem żadnego z kandydatów. Wierzę, że oni to wszystko przeżywali tak samo jak ja i przygotowywali się do konkursu tak samo jak ja. Sama napisałam koncepcję, sama zrobiłam prezentację multimedialną… Nie wiem do końca, czy ta forma podobała się wszystkim członkom komisji. Wierzyłam, że mam szansę, tak samo jak moi kontrkandydaci.
W rozmowie telefonicznej jedna z kobiet, która się za Panią wstawiła powiedziała mi, że wynik konkursu był do przewidzenia od dawna, a Panią potraktowano jak „murzyna”, który zrobił swoje, „posprzątał” po poprzedniku i teraz może odejść. Cieszę się, że tak powiedziała, bo to znaczy, że docenia moją pracę i widzi, co się zadziało dla dobra uczniów i ich rozwoju.
Wśród głosów rodziców, które do mnie dotarły pojawiło się również stwierdzenie, że przywróciła Pani dzieciom „szacunek, godność i bezpieczeństwo”. Szacunek, godność i bezpieczeństwo ucznia są dla mnie najważniejsze, jeśli ktoś to docenia i zauważa, to ja bardzo się cieszę. Jestem o tym przekonana. Odwołam się do artykułu – tych „kilku nauczycieli gimnazjum”, którzy ciężko pracowali „w oparach absurdu” zarzucało mi m.in., że uczeń jest tutaj ważniejszy niż nauczyciel. Jest i będzie. Powinien być najważniejszy i jeśli się tego nie rozumie, to jest to właśnie absurd. Tak potworny absurd, że gorszych chyba w placówkach oświatowych nie powinno być. Powiedziano mi, że tu liczą się tylko uczniowie i ich rodzice. Jeśli to jest kontrowersyjne zdanie, to ja właśnie takie mam i go nie zmienię, choć może nie wszystkim to się podoba. Proszę mi wierzyć, na pewno jestem człowiekiem do dialogu, do komunikacji i do kompromisu. Na pewno nie do konfliktów. Ja nie stworzyłam tutaj żadnego konfliktu. Nikogo nie pomówiłam, nikomu nie ubliżyłam, nikogo nie poniżyłam.
Odebrałam kilka telefonów z głosami poparcia dla Pani osoby, a czy Pani po konkursie to wsparcie otrzymywała bezpośrednio? Oczywiście. Mam bardzo duże wsparcie rodziny, znajomych, ale były też telefony od rodziców, nauczycieli, którzy też znaleźli się pod gminą i byli zszokowani tym, co zobaczyli. Ja „grupy wspierającej” nie potrzebowałam, bo, po pierwsze - mam wsparcie na co dzień, a po drugie – byłam przygotowana merytorycznie. Nie przez grupę wsparcia na telefon, m.in. nauczycieli z Górznej czy z Zalesia. Mam swoją godność i znam swoją wartość. I to nie jest wcale tak, że muszę być dyrektorem. Nie, ja jestem przede wszystkim nauczycielem. Przecież to nie dyrektor jest najważniejszy w szkole, a ludzie, którzy ją tworzą. Dyrektor nauczycielami i pracownikami szkoły stoi a uczeń jest najważniejszy – to jest moje kredo. Praca wielu nauczycieli gimnazjum jest naprawdę bardzo widoczna, co można zauważyć, wchodząc do szkoły, jest ona zespołowa i przede wszystkim z myślą o uczniu, naprawdę. Ja sama, bez wsparcia rodziców i pracowników szkoły – wszystkich zaznaczam, nic bym nie zrobiła i nic bym nie znaczyła. A fakty mówią same za siebie.
Jak w każdej sprawie opinie są podzielone…Mówi się, że Pani współpracuje tylko z rodzicami z ościennych wiosek, a nie z rodzicami z Radawnicy. I ja to bardzo szanuję. Ludzie mają prawo do swoich poglądów. Wszystkich rodziców traktuję tak samo. Współpracuję zarówno z rodzicami z Radawnicy, jak i innych miejscowości. Nie wiem, dlaczego miałabym inaczej traktować rodzica z Grodna, Józefowa, Górznej, Stawnicy czy Radawnicy. Wszystkie dzieci gimnazjum i ich rodzice są dla mnie jednakowo ważni.
Czy spotkała się Pani kiedyś z otwartą, bezpośrednią lub pośrednią krytyką? Nigdy odmiennego zdania nie postrzegam jako krytyki, tylko możliwość do weryfikowania swoich działań. A różne poglądy powodują, iż można dokonywać wielu zmian z korzyścią dla uczniów, rodziców i nas samych, pracowników szkoły, a to zdecydowanie wpływa na poprawę jakości pracy, o co wszyscy przecież zabiegamy.
Wracając do konkursu – co się wydarzyło w sali sesyjnej? Zniknęła Pani za jej drzwiami aż na dwie godziny. Prezentowałam swoją koncepcję. Skoro Pani mówi, że aż tak długo, to pewnie była ciekawa i interesująca, bo ja tak uważam.
A jakie zadawano pytania? Różne. Cóż mam powiedzieć, że przedstawicielka rady rodziców zapytała mnie, czy puszczam dziecko z temperaturą samo do domu. Powiedziałam, że nie, bo to zagraża bezpieczeństwu dziecka i nigdy tego nie zrobię, to jakiś absurd. Każdy z członków zadawał pytania, ale na temat merytoryczności niektórych z nich można by dyskutować przez 365 dni. Najbardziej merytoryczne pytania zadawali przedstawiciele kuratorium, przewodnicząca MKZZ „Solidarności” i przewodniczący rady gminy, którzy skupili się na koncepcji. Czy pozostałe pytania były merytoryczne? Hmm… Pewnie ci, którzy byli przeciwni, zadawali mniej merytoryczne pytania o przepracowanie nauczycieli gimnazjum, czy nauczyciele gimnazjum chodzą na urlopy zdrowotne ze względów psychicznych… To kolejny absurd, który tam ze spokojem przyjęłam, ale ja tego nie oceniam.
[[reklama]]
Uważa Pani, że komisja była stronnicza? Trudno mówić o stronniczości. Tylko ja przeszłam pierwszy etap konkursu. Było mi naprawdę przykro. Cieszę się, że dopuszczono mnie do konkursu. Żal mi jednak było moich konkurentów. Ale, czy to ja jestem temu winna, Pani Patrycjo? Dopytywałam, dlaczego nie przeszli formalnej weryfikacji. Burknięcie, konkretna odpowiedź – różnie to wyglądało. Fajnie jest mieć rywali i zmierzyć się z nimi na pewnym poziomie. Nawet przegrać, bo porażka też potrafi być budująca, jeśli jest skutkiem demokratycznych wyborów.
Czuje się Pani osądzona? Osądzona? Ja nie osądzam nikogo i przykre jest, kiedy osądza się kogoś, nie znając go. Szanuję nauczycieli i pracowników szkoły podstawowej. Trudno mi jednak wypowiadać się na ich temat, ponieważ nie pracuję z nimi. Oceniona – nie wiem. Jestem przekonana o tym, że każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie, ale powtarzam: niech to będzie merytoryczne, niech to będzie na odpowiednim poziomie i niech to będzie po prostu uczciwe. Wierzę, że komisja wykonała swoje zadanie jak najlepiej. Były absurdy, całe to zamieszanie było absurdalne, ale to nie ja jestem temu winna i nie osądzam tego.
Jaka była Pani pierwsza myśl po rozstrzygnięciu konkursu odczytanym przez wójta. Co Pani czuła? Nic. Uśmiechnęłam się, powiedziałam „dziękuję”, dygnęłam, wzięłam swój komputer i wyszłam. Kompletnie nic. Nic nie poczułam, nie byłam nawet tym poruszona. Pani tam była i widziała, Pani Patrycjo. Dlaczego Pani nie napisała, że robiono mi zdjęcia, krzyczano, co mówiono nie wnikam, jak powiedziałam wcześniej, nie mnie osądzać.
Myśli Pani o starcie w kolejnym konkursie? Oczywiście, dlaczego nie. Widzę masę absurdów, których opary muszę rozwiać przede wszystkim dla dobra uczniów i ich przygotowania do dalszej edukacji. Nie zamierzam postąpić inaczej.
Widzi Pani możliwość współpracy z Małgorzatą Wojtkiewicz? Oczywiście, że widzę, ogromną możliwość. Gdybym została dyrektorem na pewno ona zostałaby moim zastępcą. Ja cenię jej pracę i mam do niej wielki szacunek. Jest przecież doświadczonym dyrektorem i dlaczego nie korzystać z tych doświadczeń, które są dobre. To jest osoba, która ma zdecydowanie większe doświadczenie niż ja. Ja tego nie podważam, nie oceniam, przykro, że mnie się ocenia.
Czy czuje się Pani silniejsza, wzmocniona? Czy ja wiem. Jak mówi przysłowie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Każde zwycięstwo buduje, ale porażka (4 za mną 5 przeciw) też jest budująca. Człowiek, jeśli ma oparcie, czyste sumienie i uczciwie pracuje, na pewno jest silniejszy. Nie mam żalu i wierzę w praworządność.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze