Nikomu nogi nie podłożyłem, ale na własnej skórze odczułem wrogość środowiska. Tak to już jest, że jak się coś robi, znajdzie się wielu malkontentów, którzy stwierdzą, że można inaczej, lepiej
Słusznie w Januszu Patriaku widzi się wielkiego pasjonata sportu?
Pewnie jest w tym trochę prawdy, osobiście uważam się za wielkiego miłośnika niemal wszelkich dyscyplin. Urodziłem się w Wałbrzychu na Śląsku, a wiadomo, że to środowisko zawsze zakochane było w sporcie. W czasach mojej młodości dzieciaki bawiły się niemal wyłącznie poprzez sport. Ja także próbowałem sił w różnych dyscyplinach. Powiedziałbym, że sport był formą zapełniania codziennej nudy. Była koszykówka, piłka nożna, narty. Wszystko po trochu. W ogóle największy rozkwit sportu w Polsce nastąpił w latach 70-tych, wtedy polskie kluby miały zdecydowanie bardziej ustabilizowaną sytuację.
Wybrał Pan pracę trenera piłki nożnej, ale kobiet. Dlaczego? Piłka w wydaniu żeńskim jest raczej mało popularna.
We Wrocławiu, kiedy byłem na trzecim roku na Akademii Wychowania Fizycznego, chciałem robić coś więcej niż tylko się uczyć. Osobiście grałem tylko na poziomie okręgówki. Trenowałem wtedy w Czarnych Wałbrzych, robiłem jednocześnie specjalizację z piłki nożnej. Piłka akademicka była w tym czasie dosyć słaba, a królowały Ludowe Zespoły Sportowe. Był jednak również Akademicki Klub Piłkarski, a ja dałem propozycję założenia sekcji piłki nożnej kobiet. Chodziłem po akademiku i namawiałem kobiety na przygodę z piłką nożną. Zaczęliśmy od drugiej ligi, potem był awans do pierwszej. Miałem nawet epizod jako II trener kadry narodowej seniorek.
Kogoś Pan wychował?
Tak. Luizę Pendyk, zawodniczkę formatu, porównując żeński futbol do męskiego, Zbigniewa Bońka. To była wielokrotna reprezentantka kraju, swego czasu wyjechała do Szwecji i tam grała w silnej lidze, w zespole Molme. To naprawdę była wielka zawodniczka.
Jak trafił Pan do Złotowa?
Żona dostała od władz miasta propozycję pracy w Złotowie i w 1986 roku przyjechaliśmy. Ja pracowałem w Szkole Podstawowej nr 2, a żona zajęła się szkoleniem młodych siatkarek.
I postanowił Pan założyć sekcję piłki nożnej dziewcząt?
Marzyłem o tym i dążyłem do realizacji tego marzenia. Potrzebowałem kogoś, z kim pociągnę ten wózek i to był Mariusz Ziatyk. Nie było łatwo, wszyscy się dziwili. Po co piłka nożna kobiet? – takie słyszeliśmy pytania. Bardzo pomógł wtedy Adam Kaliniak, również Zenon Mrotek, Jozef Rogoziński i Bogusław Smakulski. Oficjalnie działaliśmy jako pilskie Rodło, ale tak naprawdę wszystko kręciło się w Złotowie. Graliśmy w drugiej lidze. Pamiętam mecz z Kamienną Górą. To było spotkanie wyjazdowe, nie otrzymaliśmy żadnej pomocy od ówczesnych władz miasta. Pomógł nam Janusz Skowroński. Później zrobiliśmy awans w barażach do pierwszej ligi. Na mecze chodziło nawet pół tysiąca ludzi, to były fajne czasy. Potem zostałem odsunięty od zespołu. Wszystko rozbiło się o pieniądze. Pracowaliśmy za darmo. Stałem się niewygodny, dalej prowadził to Mariusz Ziatyk.
[[reklama]]
Co działo się z Panem?
Chciałem dalej udzielać się w sporcie, bo jestem z nim zrośnięty. Tym razem postanowiłem spróbować siatkówki. Tak powstał klub Super Hits Bedex z Andrzejem i Piotrem Wilczewskimi. Klub Sparta Złotów odsunął Zbigniewa Bekera, wykorzystałem to, zaczęliśmy współpracę i przygodę z siatkówką.
Analizując Pana trenerską pracę łatwo dojść do wniosku, że zawsze pracował Pan z kobietami.
Nie interesowała mnie współpraca na niższym szczeblu, a w męskim sporcie jest dużo większa konkurencja i dużo trudniej się przebić. Nie miałem nazwiska, nie było układów, a poza tym z kobietami łatwiej osiągnąć wymierny sukces.
Tym bardziej, że zawsze starałem się pracować z takimi, które rzeczywiście miały charakter do sportu. A przede wszystkim wolę pracy, bo prawda jest taka, że z niewolnika nie ma zawodnika.
Nie pytam Pana o dalsze etapy pracy w Złotowie, bo te fakty większości naszych Czytelników są znane. Jeśli natomiast chodzi o teraźniejszość – ma Pan jeszcze motywację do pracy?
Szczerze muszę przyznać, że coraz mniejszą. Człowiek z wiekiem się wypala. Minęło już 30 lat mojej trenerki. Wiadomo, młody może przenosić góry. Ale spokojnie, siły jeszcze mi wystarczy na działanie w sporcie.
W jakiej dyscyplinie czuł się Pan rzeczywiście jak ryba w wodzie?
Przechodziłem różne fascynacje. Od koszykówki, siatkówki, piłki nożnej, biegów narciarskich po tenis ziemny – wiadomo, era Wojciecha Fibaka. Swego czasu w Złotowie byłem niepokonany.
Dlaczego wybrał Pan zawód trenera?
Rodzice widzieli mnie na medycynie. Ja widziałem to troszkę inaczej (śmiech). Byłem w ogonach, jeśli chodzi o naukę. I jakoś tak naturalnie wybrałem AWF, bo w sporcie czuję się najlepiej.
Efekty Pana pracy widać, więc wybór z perspektywy lat wydaje się słuszny.
Chyba tak. Zdobytych trzynaście medali mistrzostw Polski w kategoriach juniorek, kadetek, młodziczek, takie zawodniczki pod moimi skrzydłami jak Paulina Maj, Kasia Wellna, siostry Manikowskie, Klaudia Kaczorowska, Joasia Frąckowiak, Anita Chojnacka no i nie można zapomnieć o awansie Sparty Złotów do serii B pierwszej ligi.
Jak wspomina Pan dzisiaj tamten czas?
Wielkie emocje, wspaniała publiczność, nie da się tego opisać. Inauguracja ze Startem Łódź, ludzie o mało nie stratowali drzwi wejściowych. Piękne czasy. Życzę, aby nowa hala w Złotowie doczekała się takich emocji i takiej atmosfery, bo sport robi się właśnie dla takich chwil.
Jest możliwe, żeby w Złotowie powrócono do poziomu siatkówki sprzed niedawnych przecież lat?
Uważam, że tak. Na wychowankach da się to zbudować. Problemem jest teraz brak klas sportowych w szkołach, ja miałem łatwiej, bo kiedyś były one w każdej szkole, była międzyszkolna rywalizacja, widać było więcej talentów, było w kim wybierać. Dlatego miasto musi tutaj bardziej pomóc. Bo sport to najtańsza promocja miasta. Może jednak, jak to w życiu bywa, obecny burmistrz nie jest pasjonatem sportu i dlatego ta dziedzina jest mu odległa, ale jest dobrym gospodarzem miasta. A nieliczni, którzy zostali, sami nie są w stanie wiele wypracować. Został, jak ja to żartobliwie mówię, samotny mamut siatkówki Mirosław Głyżewski. Jest jeszcze Jerzy Piątek, ale to za mało.
Wróci Pan do Złotowa?
Mam dom w naszym mieście, utożsamiam się ze Złotowem. To dla mnie wciąż najpiękniejsze miasto. Ale jednocześnie Złotów to miasto nie do końca dla młodych ludzi, sytuacja na rynku wymusza, że młodzi wyjeżdżają za chlebem. Będzie emerytura, pewnie wrócę. Człowiek w końcu idzie przecież już ku dołowi.
Jaka jest Pana złota recepta na sukces?
Ciężka praca.
Sport jest dla Pana...
Stylem życia, sposobem na życie, które jest o wiele bogatsze w doświadczenie, wręcz bezcenne.
Nie kolidowało to z życiem osobistym?
Nie, miałem to szczęście, że moja żona również jest pasjonatką sportu i wspólnie zawsze się wspieraliśmy. Nigdy nie było między nami niezdrowej rywalizacji. Jej sukces był również moim sukcesem i odwrotnie.
Jak ocenia pan środowisko sportowe? Szczególnie to złotowskie. Osobiście odnoszę wrażenie, że jest mocno hermetyczne i specyficzne. Zamknięte nie tylko na ludzi z zewnątrz, ale również dość często skonfliktowane między sobą.
Ja nikomu nogi nie podłożyłem, ale zgadza się, na własnej skórze odczułem wrogość środowiska. Tak to już jest, że jak się coś robi znajdzie się wielu malkontentów, którzy stwierdzą, że można inaczej, lepiej. A prawda jest taka, że im więcej robisz, tym więcej masz wrogów. Ogólnie w Polsce jesteśmy zazdrośni o sukcesy innych, mamy dziwną mentalność, a w środowisku sportowym ta cecha uwidacznia się szczególnie. Osobiście porównuję ją często do dwóch kultowych postaci, Kargula i Pawlaka, którzy o trzy palce kłócili się o miedzę.
Co jako trener wpajał Pan swoim zawodniczkom?
Zaangażowanie i poważne podchodzenie do swojej pracy. Konieczność stawiania sobie celów i wiarę, również w swojego trenera, bo to także jest niezbędne.
Dlaczego wyjechał Pan ze Złotowa?
Poszło o pieniądze przeznaczone na organizację obozu, konkretnie o 1100 zł. Padały pod moim adresem niesłuszne oskarżenia, było sporo nieprzyjemności, a ja, mówiąc wprost, wkurzyłem się. Wziąłem urlop zdrowotny, wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Wróciłem, dostałem propozycję z Legionowa i postanowiłem opuścić Złotów.
Żal pozostał?
Może trochę, ale nie palę za sobą mostów.
Nie tylko sportem żyje człowiek – co jeszcze pochłania czas Janusza Patriaka?
Podróżowanie, a najbardziej umiłowałem sobie Chorwację. Fajni ludzie tam żyją, nigdzie się nie spieszą, na wszystko mają czas, zupełnie inaczej niż my. Uwielbiam też muzykę, moja kolekcja liczy 3 tys. płyt. Ulubione zespoły to: ” Pink Floyd, Elo. Ostatnio odnalazłem w sobie miłośnika teatru. Świetna sprawa. Regularnie odwiedzamy z żoną Teatr Buffo, Kwadrat, to zupełnie inny odbiór niż w telewizorze.
Czym konkretnie zajmuje się Pan obecnie w Legionovii?
Młodzieżowymi grupami siatkarskimi, na nich skupiam swoją uwagę.
Pewnie pracuje Pan w innych warunkach niż w Złotowie.
To zupełnie inne środowisko, Legionowo pod tym względem to taka, jak ja to mówię, sypialnia Warszawy.
Tamtejsza młodzież chętnie garnie się do sportu?
Gdy pracowałem w Złotowie treningi robiłem nawet o 6 rano. Teraz to chyba nie do pomyślenia.
Pana metody pracy często były skuteczne, ale zawsze wzbudzały wiele kontrowersji. Stosował Pan duże obciążenia, co często kończyło się kontuzjami zawodniczek. Niektórzy nazywali Pana nawet katem.
Zdaję sobie z tego sprawę. Człowiek najbardziej uczy się na swoich błędach i mam świadomość, że ja również je popełniałem. Ale nie było tak, żebym zostawiał dziewczyny na pastwę losu. Mogę tu podać przykład Moniki Chojnackiej, która miała problemy z kolanami. Zorganizowaliśmy nawet zawody i pieniądze z nich przeznaczyliśmy na zastrzyki dla niej. Dodam, że pomogły. Z drugiej strony to był już sport wyczynowy, więc zawodniczki powinny były liczyć się z tym, że coś może potoczyć się nie po myśli. Jak to w życiu.
To kiedy wraca Pan do Złotowa?
Jak przejdę na emeryturę. Korzystając z okazji chciałbym podziękować rodzicom za wychowanie i cały trud, który włożyli w moje wychowanie.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze