Reklama

Nie chcę żyć, bo nie mam za co

20/12/2011 00:00
Najpierw choroba psychiczna, potem utrata pracy, w końcu eksmisja z wynajmowanego mieszkania. Pięcioosobowa rodzina żyje w skrajnej nędzy. Ojciec ma już najczarniejsze myśli

- Jestem chory na schizofrenię paranoidalną, mam trójkę dzieci, żonę i nie mam za co przygotować świąt - słyszę w słuchawce zdesperowany głos wydawałoby się starszego mężczyzny. - Proszę nam pomóc.

Byłam zszokowana szczerością mojego rozmówcy. Po raz pierwszy o pomoc prosiła osoba, która wprost mówiła, że choruje psychicznie. Przed spotkaniem z Czytelnikiem sprawdziłam, czy to bezpieczne. Wystarczyło mi zapewnienie pracownika ośrodka pomocy społecznej, który powiedział, że mężczyzna jest spokojny i nie stwarza zagrożenia. Do spotkania przekonała mnie, jak usłyszałam: niezwykle trudna sytuacja rodziny żyjącej w ubóstwie.
[[reklama]]
Bieda zagląda w oczy

Pięcioosobowa rodzina mieszka w Witrogoszczy Wsi, miejscowości oddalonej około siedem kilometrów od Łobżenicy. Od kilku miesięcy zajmują mieszkanie socjalne, które w budynku dawnej szkoły przydzieliła im gmina. Trafili tu z Fanianowa, po tym jak zostali eksmitowani z wynajmowanego mieszkania. Mieszkają w klasie. Sala przedzielona jest na pół starą meblościanką. Po jednej stronie śpią rodzice, po drugiej dzieci. Na środku stoi stara ława, dwa fotele. Kuchnia zlokalizowana jest przy zlewie z zimną wodą. W oknach wisi koc, który ma chronić przed zimnem wchodzącym do klasy każdą szczeliną. W rogu stoi kaflowy piec, ledwo tli się. Jest ciepło, czego nie można powiedzieć o korytarzu, którym trzeba przejść do zimnej, szkolnej łazienki. A tam trzy umywalki, trzy toalety, bez prysznica i wanny. Zimna woda. Góra prania. We frani spalił się silnik. Zostało tylko pranie ręczne. - Tak mieszkamy - do klasy zaprasza mnie Piotr Gryczko, ponad czterdziestoletni mężczyzna. W łóżku leży siedmioletnia Agnieszka, jest przeziębiona (po naszej rozmowie ojciec ubiera dziewczynkę i jedzie z nią rowerem siedem kilometrów do Łobżenicy, do lekarza). Do taty tuli się niespełna trzyletnia Zuzia. Wygląda jak aniołek. Kręcone blond włosy, duże oczy i figlarny uśmiech. Nie boi się obcych. Brakuje tylko najstarszego syna Sebastiana (jest w szkole, w czwartej klasie) i żony, która pracuje w ramach prac społecznie użytecznych (sprząta ulice). Biedę widać w każdym kącie. Na podłodze szkolne linoleum, w lodówce tylko dary, które wczoraj do domu przywiózł Piotr. W kolejkę ustawił się już o pierwszej w nocy. Był jednym z pierwszych, którzy dostali jedzenie. Wszystko rowerem przywiózł do domu. – Pani, ja już nie wiem, co mam robić - załamuje ręce, płacze.

Wychodzi i nie pamięta dokąd

Od dziesięciu lat Piotr Gryczko choruje na schizofrenię paranoidalną. Nie pracuje. Ludzie boją się zatrudniać chorych, choć, jak mówią lekarze, ze schizofrenią można normalnie funkcjonować. Kiedyś Piotr pracował w PGR w Radawnicy, potem szył worki, pracował na budowie. Pewnego dnia spadł z wysokości i od tego momentu zaczęła się jego choroba. - Raz jest lepiej, raz gorzej - zdradza mężczyzna, dodając, że źle czuje się, gdy przerywa branie leków. - A za co kupić leki? Jedzenie dzieciom muszę dać - wyznaje. Czasami wychodzi i nie wraca przez dwa dni. Potem żona znajduje go w jakimś pociągu. Dokąd jechał? Nie wie, nic nie pamięta. Dzieci przyzwyczaiły się już do choroby ojca. Jak coś się dzieje, wiedzą, że nie można tacie przeszkadzać, muszą być cicho i wiedzą, że za chwilę wszystko wróci do normy. - Od czasu do czasu powinienem położyć się na oddziale, ale teraz nie mogę. Żona pracuje, a kto z dziećmi zostanie? Do choroby męża przyzwyczaiła się też jego żona. - Czasem pięć minut jest dobrze, za chwilę wszystko się zmienia, ale przez tyle to wiem, jak się zachowywać i co robić - przyznaje Lidia Gryczko. Mężczyzna śpi dwie, trzy godziny dziennie. Chorobę widać na jego zniszczonej twarzy. Wygląda na znacznie starszego niż jest w rzeczywistości. Do tego ogromne problemy finansowe wpędzają go w jeszcze większy stres. Cały czas powtarza, że chciałby dobra dla dzieci. Nic więcej. Jednak nie widzi już szansy dla siebie i swojej rodziny.

Brak pracy, choroba

Piotr jest na rencie, dostaje około 600 zł miesięcznie, z czego (po ściągnięciu zadłużenia przez komornika) zostaje ok. 400 zł. Skąd komornik? Z dobrego serca zgodził się znajomemu żyrować kredyt. Ten nie płaci, dług spadł na Piotra... Jeszcze do niedawna jakoś wiązał koniec z końcem. Sytuacja stała się dramatyczna, gdy żona Piotra na początku roku straciła pracę. Osiemnaście lat przepracowała w masarni w Śmiłowie. Po urodzeniu trzeciego dziecka zwolnili ją. Do lipca pobierała zasiłek z urzędu pracy, potem pieniądze się skończyły. - Cały powiat zjeździłam rowerem w poszukiwaniu pracy - zapewnia kobieta. Nie poddała się. Poszła do gminy i powiedziała, że chce sprzątać ulice. Do końca grudnia załapała się na prace społecznie użyteczne. Pracuje dwa razy w tygodniu i zarabia 290 zł miesięcznie. - Od czasu do czasu pomogę u gospodarza, staram się jak mogę - dodaje Piotr. - Ale teraz święta, za co je wyprawię? - płacze. -Tylko dzieci mi szkoda... Chciałbym dać im coś od siebie - załamuje głos. - Kraść przecież nie pójdę, nikogo nie zabiję dla pieniędzy. Prędzej sobie odbiorę życie - mówi kompletnie załamany, nie widząc już przyszłości dla siebie i swojej rodziny. - Jak mamy żyć, za co? - dodaje zdesperowany.

Ubóstwo


Rodzina jest pod stałą opieką Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łobżenicy. Korzysta z zasiłku rodzinnego i jednorazowej pomocy w postaci darów opału albo pieniędzy na zakup leków, ale, jak przyznają pracownicy ośrodka, sytuacja jest bardzo trudna. Ubóstwo - tak określają status materialny rodziny Gryczków, spowodowany przede wszystkim utratą pracy i chorobą. - Pani Gryczko jest bardzo pracowitą kobietą - zapewnia ich opiekun, żałując, że dotąd nie udało jej się znaleźć pracy, bo bez stałego zatrudnienia będzie coraz trudniej utrzymać pięcioosobową rodzinę, której dochód nie przekracza minimalnego progu 1700 zł miesięcznie.

Rodzinie potrzeba wszystkiego. Oni już nie wstydzą się prosić o pomoc, dawno na bok odłożyli dumę. Dla nich to jest walka o przetrwanie i życie dzieci. Przyjmą to, co ofiarują im ludzie: jedzenie, opał, ubrania, buty na zimę, zabawki dla dzieci, używaną pralkę, wirówkę, koce, pościel, meble. Wszystko.

Jeśli ktoś z Państwa chciałby pomóc rodzinie Gryczków w godnym przeżyciu świąt i trudnej zimy, prosimy o kontakt z redakcją (0672635663) albo pod numerem telefonu 505498168. Liczy się każdy gest, najmniejsza pomoc. Najbardziej potrzebna jest stała praca dla pani Lidii. Jak mówią ludzie znający Gryczków, to jest bardzo pracowita kobieta.

A. Głyżewska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama