- Nikogo nie zdradziłem i do nikąd nie zmierzam. Nie mogę być poddawany ciągłej presji i naciskom. To była moja suwerenna decyzja - o powodach rezygnacji z członkostwa w klubie "Przyjazna Krajenka" - Piotr Jończyk rozmawia z Ryszardem Mikietyńskim
Dokąd Pan zmierza, Panie Piotrze? - takie pytanie zadał Panu przewodniczący klubu radnych „Przyjazna Krajenka” Marek Matysiak na łamach jednego z lokalnych tygodników, nawiązując do Pana oświadczenia o wystąpieniu z tego klubu.
To nie jest kwestia zmierzania do czegoś, tylko odważnej, przemyślanej decyzji. Jako przewodniczący rady nie mogę być poddawany jakiejkolwiek presji czy naciskom. Bycie w klubie „Przyjazna Krajenka” – patrząc na to z perspektywy trzech miesięcy - nie daje mi tego komfortu. Jestem za konstruktywną i merytoryczną dyskusją na każde tematy. Przeniesienie wszystkiego na płaszczyznę emocji, co pokazała ostatnia sesja, jest niedopuszczalne.
To była przemyślana decyzja czy też podjęta emocjonalnie?
Przemyślana i to dokładnie, co zresztą pokazało głosowanie w sprawie podatku, przecież czternastu radnych głosowało za propozycją kompromisową, jedynie radny Marek Matysiak głosował za swoją propozycją. Skoro rolnicy i sołtysi obstawali przy kwocie 63 zł, to stanowisko radnego uważam za populistyczne – z jednej strony chce się mieć inwestycje, z drugiej pytanie: za co?
Zdradził Pan klub? To kolejne zdanie z cytowanego wywiadu.
Pan Marek Matysiak używa często słów bardzo górnolotnych, natomiast ja muszę kierować się zdrowym rozsądkiem. Zmiany musiały nastąpić, bo doszły nowe fakty. Co to w takim razie za zdrada?
Czy po Pana oświadczeniu o wystąpieniu z klubu inni radni nie zarzucali Panu zdrady?
Prosiłbym nie używać słowa „zdrada”. Nikt takich zarzutów mi nie przedstawił, raczej spotkałem się ze zrozumieniem. Może właśnie moje oświadczenie dało impuls innym radnym do przemyśleń. Ktoś musiał być tym pierwszym.
Radny Matysiak mówi o Panu, że jest Pan gorszy niż chorągiewka na wietrze. To klub „Przyjazna Krajenka” wyniósł Pana na przewodniczącego rady, a teraz Pan go porzucił.
To właśnie świadczy o moim zdrowym rozsądku, bo tu nie stołek się liczy, tylko pewne postawy, szukanie kompromisu. Przecież co stoi na przeszkodzie, żeby radni, kiedy znajdą większość, odwołali mnie z tego stanowiska? Do cytowanych słów nie chcę się więcej odnosić, bo nie warto.
Czy były naciski na Pana, żeby Pan zrezygnował z członkostwa w klubie?
Nie było żadnych nacisków, to była moja suwerenna decyzja. Z nikim wcześniej o niej nie rozmawiałem, sam to musiałem sobie poukładać. Myślę, że swoją postawą dałem przykład innym członkom, bo za mną poszli inni i klub przestał istnieć.
Przyjazna Krajenka już nie istnieje?
Nie, kilka dni temu podjęto demokratyczną uchwałę o rozwiązaniu się klubu, siedmiu radnych było za, tylko jeden głos był przeciw. Widocznie pozostali radni doszli do wniosku, że nie da się dłużej pracować na zasadzie ciągłej konfrontacji. Jeśli trzeba w czymś wspierać działania burmistrza, to należy to robić, jeśli z czymś się nie zgadzać, to po przedstawieniu wszystkich argumentów.
Jeśli Pan Marek Matysiak chce już rozpocząć swoją kampanię, na przykład na stanowisko burmistrza, to ma do tego prawo. Tylko niech to robi pod swoim szyldem i na własny rachunek. Każda jego wypowiedź była identyfikowana z klubem, nie mogłem sobie na to pozwolić. Jak widać członkowie Klubu "Przyjazna Krajenka" doszli do podobnego wniosku.
Po pół roku przewodniczenia radzie tak Pan sobie to wyobrażał?
Dokładnie tak jak jest teraz. Przecież widać gołym okiem, że w większości radni zadają merytoryczne pytania, że jest dyskusja, nie ma żadnych złośliwości, pomówień, epitetów. Ciągłe negowanie do niczego dobrego nie prowadzi.
Czy macie zamiar powołać nowy klub radnych?
Na razie o tym nie rozmawialiśmy, ale z pewnością kiedyś jakiś klub powstanie.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze