W jaki sposób zainteresował się Pan modelarstwem?
Pracowałem w rybołówstwie dalekomorskim. Nasze rejsy trwały po sześć, siedem miesięcy, gdyż wyjeżdżaliśmy na bardzo dalekie łowiska. Było dużo wolnego czasu, a jednocześnie ta długa rozłąka bardzo źle wpływała na psychikę załogi. W związku z tym trzeba było coś robić. Lubiłem modelarstwo już przedtem – szczególnie oglądać ładnie wykonane modele statków. A że pracowali ze mną ludzie, którzy robili te rzeczy, to do nich się dołączyłem. Pamiętam, że jeden pokład niżej mieszkał mężczyzna, który budował takie modele. Często w wolnych chwilach do niego chodziłem, następnie zacząłem próbować sam. Pierwszy model zrobiłem z zapałek. Był to statek, na którym wtedy pracowałem, trawler-przetwórnia. Wykorzystałem na niego około sześć tysięcy zapałek. Pod koniec rejsu już zaczęło ich brakować, a więc współtowarzysze zaczęli tak zapalać zapałki, by je jak najmniej uszkodzić, abym mógł wykorzystać je do swojego modelu. To było moje pierwsze zetknięcia się z modelarstwem. Potem zacząłem kupować bardzo popularne wtedy plany modelarskie i samodzielnie klecić statki.
[[reklama]]
W jaki sposób modelarstwo zmieniło się od czasu, gdy Pan zaczynał? Czy teraz jest to tak samo wymagające zajęcie jak kiedyś?
We współczesnym modelarstwie na pewno jest pewien stopień trudności. Nie ukrywam, że od tamtego czasu wszystko się zmieniło, ale jestem tradycjonalistą. Zbieram puszki od konserw i z tego wykrawam blachę, przycinam listewki, następnie wyginam je na mokro i na gorąco, to wszystko oczywiście jest bardzo czasochłonne. Aktualnie w sprzedaży są modele z gotowymi już elementami, przez co cały proces ogranicza się do składania i sklejania według pewnego szablonu. To oczywiście także wymaga precyzji, spokoju, a może nawet go w pewien sposób wyrabia. I to jest to współczesne modelarstwo. Natomiast modelarstwo, o którym opowiadałem wcześniej, tradycyjne, polegało na tym, że wszystko robiło się samemu.
Proszę sobie wyobrazić, że były modele, w których wykonywałem odlewy z ołowiu. A żeby taki odlew wykonać trzeba było przygotować najpierw formę z gipsu czy jakieś płaskorzeźby. To było czasochłonne, ale było także wspaniałe. Dzięki temu taki warsztat modelarski był tak właściwie małą stocznią, w której wszystko, co się robiło, powstawało a konto tego tworzącego się modelu. Dlatego mnie satysfakcjonuje właśnie to stare modelarstwo. Nie odnajduję się w tym dzisiejszym, chociaż szanuję wszystkich, którzy to robią. Nowe modele może nawet prezentują się ładniej od tych, które powstawały kiedyś, są też pewnie bardziej estetyczne. Ale mimo to pozostaję tradycjonalistą.
Ile modeli Pan stworzył?
Wykonałem kilkanaście żaglowców. Muszę wspomnieć, że niektóre z nich trafiły daleko za granicę. Jeden pojechał do Londynu, drugi Stuttgartu, trzeci do Berlina. Wykorzystane były na witrażach sklepów modelarskich do dekoracji. Wiem także, że tym który pojechał do Londynu interesował się jakiś klub modelarski. Część moich modeli jest także w Warszawie. U siebie w domu mam jedynie cztery statki. Natomiast od pewnego czasu tworzę też modele pływające – to tak pod kątem wnuków. Wykonałem ich siedem czy osiem. Najwięcej tworzę holowników i łodzi przybrzeżnych. Są ładne, bardzo zwrotne i wdzięcznie się nimi manewruje na wodzie.
Który ze zbudowanych statków przyniósł Panu największą satysfakcję?
Trudno mi powiedzieć. Słyszałem bardzo pozytywne opinie o moich modelach, ale każdy z nich stanowi dla mnie formę dużego zainteresowania. Podczas prac zaznajamiam się z historią i specyfikacją statku, także jego przeznaczeniem czy rozwiązaniami technicznymi. Każdy miał swój specyficzny czas.
A który z nich powstawał najdłużej?
Swego czasu robiłem Mayflowery, zrobiłem ich trzy albo cztery. Był to trójmasztowy żaglowiec, który na początku XVII wieku woził tak zwanych „innowierców” Kościoła Anglikańskiego do Ameryki Południowej. On nie był już w najlepszym stanie, ale zawsze wracał. Jeden Mayflower bardzo dokładnie robiłem ponad rok. Podobnie żaglowiec Victoria powstawała także ponad rok. Oczywiście przez ten czas tworzyłem je godząc swoje codzienne obowiązki zawodowe i rodzinne. Reszta statków powstawała tak do roku czasu.
Co z popularnością modelarstwa? Czy Pana zdaniem obecnie więcej osób składa modele niż kiedyś, czy to raczej w przeszłości parało się nim więcej osób?
Zdecydowanie kiedyś modelarstwo było bardziej popularne. W tej chwili w domach są komputery, są inne formy rozrywki, które zdominowały modelarstwo. Obecnie stosunkowo mało osób zajmuje się składaniem modeli. W samym Złotowie jest tylko kilku takich ludzi, którzy najczęściej dorównują mi stażem – mam na myśli chociażby Jana Pietrzaka. Są to modelarze z krwi i kości. Jest to ich długoletnie hobby no i już go nie zamienią na nic innego. Natomiast jeśli chodzi o rozwój modelarstwa, to śmiem twierdzić, że ono zostanie już tylko w biurach stoczniowych czy zakładach lotniczych, wykorzystywane będzie także w celach naukowo-technicznych. Oprócz tego będzie bardzo trudno zainteresować młodych ludzi modelarstwem, właśnie przez wspomnianą wcześniej komputeryzację i rozwój elektroniki. Modelarstwo jest już sprawą odchodzącą do przeszłości.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze