Reklama

Prawe wspomaganie lewego ataku

03/02/2012 00:00
Siostrzane kłótnie były. Nie rozgrzewałyśmy się razem, bo groziło to wybuchem - o tym i o siatkarskiej przeszłości z Agnieszką i Anną Wilczyńską rozmawia Karol Zabel

Trochę powspominamy. Jak się to wszystko zaczęło? Dlaczego akurat siatkówka?
Chciałyśmy znaleźć się w klasie sportowej i to się udało. W podstawówce zaczęłyśmy od trenowania piłki nożnej z Januszem Patriakiem. Po roku nasz trener przeszedł specjalizację i zaczęłyśmy próbować grać w siatkówkę. Trenowałyśmy w Super Hit Bedex, a następnie po szkole podstawowej weszłyśmy w struktury Sparty Złotów. Był później kolejno Chemik Police, Piast Szczecin, Clematis Złotów.
[[reklama]]
Janusz Patriak wystąpił jako motywator, zachęcając Was do tego sportu?
Głównie tak, ale same też chciałyśmy ruszać się, biegać, uprawiać jakiś sport. I faktem jest, że byłyśmy wątłej budowy, chyba nawet najsłabsze w całej grupie. Na początku nie wyglądało to najlepiej, jednak dodatkowe treningi Janusza Patriaka, mozolne odbijanie piłki siatkowej, zaczęły przynosić efekty.

Dochodziło do rywalizacji między Wami, sporów?

Zdarzały się kłótnie, ale niezdrowej rywalizacji nie było. Siostrzane spory były. Nie rozgrzewałyśmy się razem, bo groziło to wybuchem sprzeczki.

Przypomnijcie swoje pozycje boiskowe?
Ania: Lewy atak, potem środek.
Agnieszka: Prawe wspomaganie, prawy atak, a potem libero w Chemiku Police.

Jak wspominacie trenerów, którzy dołożyli cegiełkę do Waszych osiągnięć?

Większość siatkarskiego życia byłyśmy pod okiem Janusza Patriaka. Z perspektywy czasu inaczej patrzę na tego trenera. Chciał zapewne jak najlepiej. Stawiał na ogólnorozwojówkę. Byłyśmy szybkie i zwinne, tym niwelowałyśmy słabsze warunki fizyczne. Było ciężko, trener starał się wyciągnąć z nas wszystko co było możliwe.
Ania: Żył tym wszystkim. Każdy zawodnik jest inny, każdy czegoś innego potrzebuje. Trener Patriak potrafił dotrzeć do siatkarki, treningi były dopasowane do zawodniczki. Wcześniej miał przygotowane treningi, które miały dla nas sens. W Policach bądź Szczecinie nie zawsze tak bywało. Inni już nie nauczyli mnie za wiele. Wiesław Klimecki z Polic bardziej taktycznie podchodził do swojej pracy. Mało nas kontrolowali, było więcej swobody.

Zakładałyście, że będziecie grać o wysokie cele czy może traktowałyście siatkówkę tylko jako pasję?
Generalnie to początki były ciężkie. Byłyśmy słabe, kiedy podchodziłyśmy na zagrywkę trener odwracał wzrok, żeby piłka doleciała. Kiedy przeszła za siatkę było wielkie: łał! Waliłyśmy o ścianę w małej salce w dwójce i tak naprawdę nikt nie przypuszczał, że coś z nas będzie. Uwierzył w to trener i widział, że jakaś poprawa w naszych umiejętnościach następowała. Rodzice nas wspierali mocno, to też nam pomogło. My się przy tym dobrze bawiłyśmy, ale traktowałyśmy to serio i wkładałyśmy mnóstwo serca. Ale na najwyższe granie zabrakło trochę szczęścia.

Przypomnijcie sukcesy.
Byłyśmy wicemistrzyniami Polski juniorek młodszych i dwukrotnie starszych. Sam awans do I ligi serii B też był sukcesem, gra na zapleczu ekstraklasy. Nigdy nie byłyśmy wysokim zespołem, nadrabiałyśmy szybkością, zwinnością. Dobra obrona, odbiór - to dawało nam przewagę nad innymi oraz waleczność, wiara w zwycięstwo, mimo słabych warunków fizycznych w porównaniu do większości zespołów.

Macie poczucie, że mogłyście zagrać wyżej?

Gdybyśmy trafiły później na lepszych trenerów mogłybyśmy grać wyżej. Może nie w czołowych klubach ekstraklasy, ale w tych średnich na pewno. Później bazowałyśmy na tym, co wytrenowałyśmy wcześniej. Uczyłyśmy się bardziej od zawodniczek niż samych trenerów.

Kiedy się to wszystko skończyło?
Na czwartym roku studiów zgodziłyśmy się na granie w Złotowie, co wiązało się z tym, że dwa razy w tygodniu pokonywałyśmy trasę Szczecin – Złotów. Niestety bardzo szybko okazało się, że obiecane warunki, jakie nam wcześniej zaproponowano, pozostaną jedynie na papierze. Mimo to dalej trenowałyśmy i grałyśmy, dalej byłyśmy z zespołem. Do tej pory nikt nie wypłacił nam i pozostałym zawodniczkom zaległych apanaży finansowych. Zostawili nas samymi sobie. I dlatego też, że nie było warunków do grania postanowiłyśmy zrezygnować. Postawić na pracę zawodową.

Nie chciałybyście wrócić, znów poczuć radość i satysfakcję z gry o punkty? Może trenerka?
Ania: Raczej nie. Mam swoją działalność gospodarczą. Prowadzę fitness, to mnie wciągnęło. Jeśli chcesz być na topie musisz się doszkalać, brać udział w warsztatach i konwencjach fitness. Poza tym daje mi to dużą satysfakcję i radość. Jestem panią samą dla siebie i jak coś zawalę, to mogę mieć pretensję tylko do siebie. Poza tym środowisko siatkarskie nie jest łatwe.
Agnieszka: Miałam propozycję dwa lata temu, na rozmowie się jednak skończyło. Nie ma niby pieniędzy. Cóż, może w przyszłości… Nie mówię nie.

Czujecie się spełnione czy zawiedzione?

Wspominamy to wszystko z sentymentem. Traktujemy to jak fajną przygodę. Jak na tę grupę dziewcząt miałyśmy duże sukcesy, mimo że nie zawsze było idealnie. Szkoda, że skończyło się aferą z obozem - rozpętaną, rozdmuchaną i nikomu niepotrzebną. Z gazety dowiedziałyśmy się, że jesteśmy ludźmi Janusza Patriaka i postanowiono z nami dalej nie współpracować. Nie raz Jacek Lewandowski nalegał, aby Edward Bianga przeprosił za te słowa.
Agnieszka: Przekazał Ani po 3 latach przeprosiny, a jej kazał przekazać dla mnie. Uważam, że było to wymuszone. Tyle lat poświęceń dla klubu, a człowiek słyszy takie słowa. Pan Edward Bianga za dużo po prostu powiedział.

Nie tylko siatkówką żyje człowiek. Macie swoje inne zajęcia.
Agnieszka: Mam dwójkę dzieci, Wiktora i Kacpra (5 i 7 lat), więc jest co robić. Oprócz tego praca zawodowa. Prowadziłam aerobic w Zakrzewie. Nie narzekałam na brak zajęć, uczę się angielskiego. Wiecznie się czegoś uczę. Koło szkolnictwa, oświaty gdzieś to wszystko krąży.
Ania: Pracuję w zawodzie, który daje mi dużo satysfakcji, do tego rozwijam swoją dodatkową działalność związaną z fitnessem, który po zakończeniu kariery siatkarskiej stał się moją nową pasją. Znajduję jednak jeszcze czas na granie w amatorskiej lidze, dlatego całkiem od siatkówki nie odeszłyśmy.

Zdarzały się zabawne historie przez ten okres przygody z siatkówką?
Ania: Na obozy letnie często jeździłyśmy nad morze i bardzo dużo biegałyśmy. Na porannym rozruchu trener wyznaczył nam trasę do łodzi ratowniczej i z powrotem. W związku z tym, że w jedną stronę było około kilometra, a takich przebieżek było kilkanaście, więc wpadłyśmy na pomysł, żeby przesunąć łódź trochę bliżej i mniej biegać. Udało się.
Agnieszka: Byłyśmy na obozie pod namiotami pod Jarosławcem. Trener zapytał, czy chcemy wykąpać się w morzu, a my na to, że z wielką ochotą. Dodał, że jest to około… 9 km. Oczywiście zgodziłyśmy się, ale z tych 9 kilometrów zrobiło się 24 w jedną stronę. Jak zobaczyłyśmy morze, każda już miała dość kąpania. Trener Patriak stał przy samochodzie i zrobił nam jeszcze trening na plaży, a w perspektywie jeszcze był powrót…
Ania: Jadąc na turniej do Bratysławy zatrzymaliśmy się na nocleg we Wrocławiu. Trener wyprowadził nas do centrum miasta i dał trochę wolnego czasu. Zbiórka miała być za dwie godziny w ustalonym miejscu. Niestety ja, moja siostra i dwie inne koleżanki pogubiłyśmy się i nawet pytając ludzi o drogę nie potrafiłyśmy tam dojść. Gdy w końcu dotarłyśmy w ustalone miejsca to ani trenera, ani pozostałych zawodniczek już nie było. Karą za spóźnienie było 500 płotków, które skakałyśmy o 24.00…
Agnieszka: Powrót z Białegostoku w środku zimy też był ciekawy, tym bardziej, że wysiadło ogrzewanie, a na zewnątrz podobny mróz jaki mamy teraz...

Z perspektywy tych lat co Wam dał sport?
Sport to niezła szkoła życia. Uczy wytrwałości, cierpliwości i pokory. Kształtuje charakter i umiejętność organizacji czasu. Życie w takim kieracie jak szkoła, trening, nauka powoduje, że nie ma czasu na głupoty.
Pozwiedzałyśmy trochę również.

Jak oceniacie dzisiejszą młodzież - obie jesteście przecież nauczycielkami.
Są tacy uczniowie, którzy przychodzą na każde zajęcia, płacą nawet za salę, aby tylko ćwiczyć, ale są tacy, co nawet nie chcą się trochę poruszać, żeby tylko się nie spocić. Nie można generalizować. Dużo zależy od rodziców, żeby pokazali swoim dzieciom, że można również w inny sposób spędzić fajnie czas niż tylko siedząc przed telewizorem czy komputerem. Jeśli dziecku już od małego zaszczepi się zdrowe nawyki ruchowe i da szansę na poznanie różnych dyscyplin sportowych, to może w jednej z nich odnajdzie się na tyle dobrze, że będzie chciało poważniej podejść do treningów. I nie zapominajmy również o tym, że dzieci patrzą również na nas samych i z nas czerpią początkowo wzorce.

Kto miał najlepsze predyspozycje siatkarskie z Waszej starej gwardii, która mogła w tamtym czasie zajść wyżej?
Ania: Katarzyna Wajer. Miała wrodzone zdolności. Mogłaby wspiąć się wyżej, gdyby bardziej się przyłożyła. Spokojnie pograłaby na najwyższym poziomie.
Jak oceniacie złotowskie gwiazdy?
Fajna sprawa, tylko się cieszyć.
Miło się patrzy na złotowianki w reprezentacji kraju.

Porównując teraz dziewczyny i Was sprzed kilku lat: kto wyszedłby z tej rywalizacji zwycięsko?
Agnieszka: Myślę, że mimo wszystko my.

Według Was które dziewczyny wyróżniają się w obecnym zespole?
Agnieszka: Może Oliwia Urban, młoda zawodniczka, jeszcze jest w gimnazjum, jest skoordynowana nie tylko na siatce, ale i w obronie.
Ania: Malwina Janasz. Moim zdaniem zrobiła duży postęp w ostatnim roku i myślę, że ma predyspozycje do jeszcze lepszego grania, ale to trzeba poprzeć treningiem i ciężką pracą.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama