Tomasz Zimoch przez dwie godziny opowiadał o sobie, swojej pracy i o tym, co w życiu jest naprawdę ważne. Pytania zadawał mu Jarosław Kuźniar, gwiazda TVN24. To był prawdziwy świąteczny prezent dla mieszkańców Złotowa
Różnica wieku – dwadzieścia lat. Kilka lat temu przypadli sobie do gustu w telewizyjnym studio. Jednemu zaimponowała pasja i styl życia, drugiemu otwartość i błyskotliwość. Jak mówią, lubią spędzać ze sobą czas i rozmawiać. W Złotowie też rozmawiali, tak jakby dopiero co się poznali.
Co Ty bierzesz?
Spotkanie rozpoczęła powtórka transmisji radiowej, którą blisko dwa lata temu przeprowadził dla Polskiego Radia Tomasz Zimoch z olimpiady w Vancouver. Wtedy to na rozbiegu średniej skoczni stał Adam Małysz, który za chwilę miał „pofrunąć” po srebrny medal. Nie medal był w sobotni wieczór ważny, lecz emocje, które w sposób tylko sobie znany potrafił wyrazić najsłynniejszy obecnie komentator wydarzeń sportowych w Polskim Radiu. Blisko 150 osób, które zasiadły na widowni złotowskiego kina z rozdziawionymi buziami słuchało, co wówczas mówił Tomasz Zimoch, zastanawiając się w myślach, skąd u jednego człowieka taka wyobraźnia, bogactwo słownictwa, niebanalne porównania i przenośnie, skąd w nim tyle fantazji i pozytywnej energii? Bohater siedział na kanapie z twarzą ukrytą w dłoniach i z niedowierzaniem kręcił głową, że to on powiedział. Powiedział, powiedział, za co dostał rzęsiste brawa.
- Co Ty bierzesz?! - zapytał przyjaciela Jarosław Kuźniar, gwiazda stacji informacyjnej TVN24.- Nic, to są emocje. Emocje, które towarzyszą wydarzeniom sportowym, emocje jakże inne od tych, które towarzyszą polityce – odpowiedział Tomasz Zimoch. – Jeśli je okazujesz szczerze, to nie ma znaczenia w jakim języku mówisz, a jeśli jeszcze do stanowiska komentatorskiego przyjdzie do ciebie człowiek, który nie zna słowa po polsku i pogratuluje ci relacji, wiedz, że nie ma dla komentatora radiowego większej satysfakcji z wykonywanej pracy – opowiadał, nawiązując do sytuacji, kiedy w baraku, w którym usytuowano punkt do relacjonowania dla dziennikarzy radiowych w Vancouver podszedł do niego po zawodach ojciec szwajcarskiego skoczka Andreasa Kütella, gratulując mu fantastycznej relacji. – Rzadko słucham tego, co mówiłem podczas zawodów do mikrofonu. Boję się, że może powiedziałem coś nieodpowiedniego, że może powiedziałem coś za dużo. Są ludzie, którzy nie lubią jak komentuję, ale ja im odpowiadam, że nie muszą mnie słuchać.
Oddać smak i zapach
Bo Tomasz Zimoch za cel stawia sobie, by w swej relacji oddać wszystko. – Komentuję tak jak dla osoby niewidomej, tak aby i ona mogła poczuć smak i zapach zawodów. Staram się opisać wszystko z najdrobniejszymi detalami, aby słuchacz miał wrażenie, że nie siedzi przy odbiorniku, że jest tam, na stadionie, skoczni, w hali. I najważniejsze – staram się cały czas pamiętać, że co jakiś czas trzeba podawać wynik. Kiedyś miałem nawet karteczkę, by nie zapomnieć, co często zdarza się moim kolegom po fachu.
Jarosław Kuźniar pytał, czym różni się praca komentatora południowoamerykańskiego od pracy komentatora w Europie. Okazuje się, że komentatorzy sportowi z Południowej Ameryki to cały zespół ludzi, którzy podczas transmisji potrafią się zmieniać i robić prawdziwy spektakl przy mikrofonie. – Bardzo lubię to co robią, ale nie wiem, czy kibic w Europie by taki styl zaakceptował. Ale jest to szczere, pełne emocji, pokazuje temperament i spontaniczność południowców. Nie lubię komentowania sztucznego, gdzie wszystko jest napisane, rozpisane, wyreżyserowane, gdzie nie ma miejsca na przypadkowość. To mi nie odpowiada – dzielił się z widownią swoimi spostrzeżeniami. Publiczność wprowadził w zachwyt mówiąc o sportowcach rodem ze Złotowa, którzy robią reprezentacyjną karierę. – Jeśliby to ode mnie miało zależeć, zrobiłbym wszystko, aby w tym mieście, w którym bardzo często bywam i stawiam za wzór, rozwijała się siatkówka, bo wiecie jak szkolić, jak wychowywać talenty.
Mistrz jest jeden! Póki co
Sportowcy to inna sprawa. Tomasz Zimoch opowiadał o swoich bliskich kontaktach z Adamem Małyszem. Opowiadał o tym, jak nasz mistrz zmieniał się wraz z upływem lat i osiąganymi sukcesami. – Małysz z ostatnich dwóch lat to człowiek wprost idealny. Spokojny, rozluźniony, pewny swojej wartości, przekonany, że już niczego nie musi udowadniać, znakomity w kontaktach, doceniający klasę rywali, uśmiechnięty, patrzący na swą sportową karierę z wielki dystansem. To wielka sztuka, którą posiedli nieliczni – ciągnął swą opowieść Tomasz Zimoch. Zapytany o Justynę Kowalczyk przyznał, że ją bardzo lubi, ale do stanu, który osiągnął Małysz, przed nią jeszcze długa droga. – Justyna jest uparta, nie słucha, nie przyjmuje pewnych rzeczy do wiadomości – mówił, odnosząc się jednocześnie do wypowiedzi na temat Marit Bjoergan i lekarstw, jakich zażywa. – Medycyna sportowa mówi jasno: dzięki tym lekarstwom nie biega się szybciej, nie mają one żadnego wpływu na czynnik sportowy. Zresztą Bjoergan zanim zaczęła chorować była już wielką biegaczką i wygrywała każde zawody. Justyna na początku kariery sama mówiła, że jest dla niej niczym wzór. Ta dyskusja, jaka przetoczyła się w mediach, głównie za sprawą Justyny Kowalczyk, moim zdanie była zupełnie niepotrzebna – podsumował.
Chcesz je?
Na spotkanie Tomasz Zimoch przyszedł z wielką torbą, do której zabrał najcenniejsze pamiątki zbierane przez lata pracy. – Tę tabliczkę ukradłem w 2001 roku z zeskoku skoczni narciarskiej w Trondheim w Norwegii, gdzie Adam Małysz oddał prawdopodobnie swój najlepszy skok w życiu – z dumą pokazywał tabliczkę z numerem 138. – Adam skoczył 138 i pół metra. Słowo „pół” sam dopisał późnym wieczorem w hotelu. Dodam, że to była ostatnia tabliczka na zeskoku, a wyciągnięcie jej z ubitego śniegu okupiłem pokrwawionymi dłońmi i licznymi siniakami – mówił z nieukrywaną satysfakcją. Inna pamiątka to but piłkarski Zbigniewa Bońka, którym ten rzucił o ścianę w pokoju hotelowym po przegranym meczu z Brazylią podczas Mistrzostw Świata w Meksyku. – Chcesz je? – zapytał mnie Boniek. – Pewnie – odpowiedziałem. Jednego buta dałem swojemu koledze, drugiego zatrzymałem. To były szczególne buty. Logo adidasa, trzy ukośne paski, były namalowane pastą do zębów. Wtedy bowiem były takie czasy, że federacje piłkarskie podpisywały umowę na dostawę sprzętu i piłkarz był zobowiązany grać w butach firmy, która go dostarczała. Nie miało znaczenia, czy w butach mu się dobrze grało. Takich piłkarzy jak Boniek było wielu, dziś jest to nie do pomyślenia, albowiem piłkarze indywidualnie dobierają sobie sprzęt – wyjaśniał powody użycia pasty.
Czas na smutek, czas na radość
Tomasz Zimoch mówił o pracy dziennikarza. – Pamiętajmy, że nie ma dziennikarza, który swą pracę chce wykonać źle. Są tylko lepsi i gorsi. Pamiętam sytuację, kiedy wróciłem po zawodach do hotelu, a tam siedział mój kolega po fachu kompletnie załamany, bo w transmisji popełnił wiele błędów. Siedział i był wrakiem człowieka. To był wstrząsający widok, który uświadomił mi, że trzeba mieć dystans do siebie, do życia, pracy – mówił z refleksją na twarzy. Być może dlatego z chęcią przyjął zakład z jednym ze swoich kolegów, z którym przed laty założył się, że podczas radiowej transmisji meczu Polska – Irlandia wypowie nic nie znaczący zwrot „godzio-godzio”. W drugiej połowie, kiedy Polacy strzelili gola, zaczął dokładnie opisywać atmosferę panującą na trybunach, mówiąc w pewnej chwili do mikrofonu: Kibice krzyczą godzio-godzio, ale kompletnie nie wiem o co chodzi? Panowie założyli się o butelkę whisy.
Ale sława Tomasza Zimocha rozpoczęła się nie od Małysza lecz od meczu Broendby Kopenhaga z łódzkim Widzewem w 1996 roku. To wtedy padły słynne słowa „Panie Turek, niech pan kończy ten mecz!” pod adresem tureckiego arbitra, który o dwie minuty przedłużył spotkanie dające Polakom awans do Ligi Mistrzów. Dziś zremiksowana relacja radiowa podłożona pod telewizyjny obraz bije rekordy popularności na YouTube. – Próbowałem się dowiedzieć, kto ten film umieścił. Na razie nie udało mi się to, ale na tę osobę od kilku lat czeka butelka dobrego trunku – namawiał widownię do poszukiwań. Radiowiec mówił również o polskiej mentalności, o tym, że nie potrafimy się cieszyć, uśmiechać, jesteśmy zawistni i złośliwi. - Nawet nie potrafimy się cieszyć z organizowanych Mistrzostw Europy w piłce nożnej, widząc tylko same negatywy. A ja po meczu w Austrii na ME trzy i pół roku temu z parkingu, który mieścił się na łące z owcami nie mogłem wyjechać przez 4 i pół godziny. I tam nikt z tego nie robił afery – podawał przykłady na polski pesymizm.
***
Być może był on spowodowany sytuacją, do jakiej doszło podczas spotkania w kinie, kiedy to Andrzej Kisiel – mieszkaniec Jastrowia wręczył Jarosławowi Kuźniarowi listę z pytaniami dotyczącymi katastrofy smoleńskiej. Andrzej Kisiel chciał się dowiedzieć o szczegóły informacji, jakie w tamtych trudnych chwilach podawała stacja ustami Jarosława Kuźniara. Dziennikarz TVN24 odpowiedział na jedno z nich na sali, do reszty postanowił, że ustosunkuje się drogą mailową. Andrzej Kisiel zapewniał, że pytania nie mają charakteru zarzutu, a są jedynie niezbędne do tego, by dokładnie zbadać kwestie wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Spotkanie zakończyły świąteczne życzenia i autografy. Te dziennikarze rozdawali na kartkach świątecznych i bombkach przygotowanych przez Fundację Złotowianka. Dodajmy, że obaj dziennikarze zdecydowali się przekazać swoje honorarium na rzecz złotowskiego Hospicjum.
Mariusz Leszczyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze