Reklama

Psy terroryzowały Krajenkę

28/03/2012 10:39
Przez tydzień dwa bezpańskie kundle terroryzowały Krajenkę. Ich łupem padło 7 danieli z hodowli Witolda Stefaniaka, a także bażanty, perliczki i króliki mieszkańców miasta. Po czterech dniach od pierwszych informacji o zagryzieniu zwierząt domowych próby złapania psów podejmować zaczął UGiM Krajenka

Podgryzione gardła

Niedzielę 18 marca Witold Stefaniak zapamięta do końca życia. Około 7:30 rano będący w pracy strażak Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Pile został poinformowany o tym, że dzikie psy zaatakowały jego hodowlę danieli. - Sąsiadka słyszała, jak te daniele są duszone, jak ryczą z bólu – opowiada mieszkaniec Krajenki, idący wzdłuż ogrodzenia wybiegu hodowanych od 6 lat zwierząt. W domu W. Stefaniak był po godzinie 8. W panującej tego ranka mgle dostrzegł zwierzęta. - 3 znalazłem martwe, a o 4 nie wiedziałem, co z nimi jest. Poszedłem szukać brakujących sztuk – wspomina wciąż zdenerwowany mężczyzna, który w odległości około 60 m zauważył dwa psy. - To są wilczury, one są tu znane w mieście – zapewnia hodowca. Po krótkich poszukiwaniach, w których udział wzięli szwagier i sąsiedzi mężczyzny, udało się odnaleźć pozostałe daniele. Niestety, dwa z nich właściciel musiał dobić. – Miały przegryzione gardła i nadgryzione szynki, męczyły się – twierdzi myśliwy z zamiłowania. Strata 4 cielnych łań i byka to dla Witolda Stefaniaka utrata blisko 5 tys. złotych.



Co noc to atak

Następnego dnia o zdarzeniu poinformowany został strażnik miejski Jerzy Baran. – Znajomy zadzwonił, że te psy leżą tam w mieście i wygrzewają się na słońcu jak lwy po dobrej uczcie. Wtedy przyjechał strażnik miejski, sołtys Franciszek Rutkowski, sołtys z Tarnówczyna i kilku mieszkańców. Zastanawialiśmy się, co robić. Powiedziałem do strażnika: rób coś. A on na to, że jest bezradny – poniedziałkowe zdarzenia relacjonuje Witold Stefaniak, który nie kryje oburzenia zachowaniem J. Barana. - Jak on nie wiedział co robić, to ja miałem wiedzieć? Strażnik pojechał do gminy, a psy zostały. We wtorek zadzwoniłem do strażnika z pytaniem, jakie kroki podjął. Powiedział, że przekazał sprawę sekretarzowi i niby 29. marca rada ma podjąć decyzję odnośnie podpisania umowy na wyłapywanie zwierząt. Ja mówiłem, że do 29. mogą jeszcze tyle krzywdy zrobić, nie daj Bóg, ludziom.

Rzeczywiście następnych nocy dochodziło do kolejnych ataków. Z poniedziałku na wtorek i z wtorku na środę psy próbowały zabić króliki Henryka Rutkowskiego, mieszkającego nieopodal krajeńskiego gimnazjum. - Syn miał w nocy otwarte okno i usłyszał, że psy ujadają. Królica dwa dni wcześniej się okociła i taka mądra tupała w klatkę, tak jakbyś bębnił czymś, i piszczała niesamowicie. Kuba wyleciał i zobaczył, jak one dobierały się do tej klatki. Kij wziął, trzasnął jednego, ten odleciał kawałek i się na niego rzucił. Kuba się zcykał, ale wtedy ja wstałem i uciekły. Tej nocy znowu były i poszły do Szulca, i mu zagryzły króliki – w środę rano mówił mieszkaniec Krajenki, dorzucając od siebie kilka inwektyw pod adresem strażnika miejskiego. Kolejny atak psów miał miejsce w nocy ze środy na czwartek. O 7:30 zadzwonił do nas zdenerwowany Witold Stefaniak: - Dzisiaj nad ranem zagryzły mi dwa ostatnie daniele – usłyszeliśmy w słuchawce głos zdenerwowanego mężczyzny.



Miejska obława

W czwartek rano działania zmierzające do złapania psów podjęli urzędnicy Gminy i Miasta Krajenka. - Uświadomiliśmy sobie 2-3 dni temu, że to jest coś bardzo poważnego – 22 marca mówił zastępca burmistrza Krajenki, Leszek Łochowicz. Z relacji wiceburmistrza wynika, iż tego dnia samorząd wynajął firmę Vet Agro Serwis, która miała złapać bezpańskie zwierzęta. - Przysłali swoich ludzi, mieli pistolety Palmera, które działają na odległość 20 m, ale musi być do kogo strzelać – L. Łochowicz dawał do zrozumienia, że służby mają problem ze zlokalizowaniem zwierząt. Nie pomogło w tym zorganizowanie sześciu dwuosobowych zespołów przeszukujących Krajenkę, ani wystawienie w mieście tzw. samołapiących klatek. Psy przepadły. Ciekawe, że to, co zmobilizowanym służbom się nie udało, nam w środowy ranek udało się w kilka minut, czego dowodem są zdjęcia psów, rozpoznanych przez W. Stefaniaka. Niestety próby spotkania się tego dnia ze strażnikiem miejskim spełzły na niczym. Jerzy Baran nadzorował wówczas pracę równiarki na gminnej drodze „na drugim końcu gminy”.

Tu rodzi się pytanie, czy strażnik miejski nie mógł schwytać ich wcześniej, choćby w poniedziałek, gdy widział rzeczone zwierzęta? Jerzego Barana, który po jakiekolwiek informacje w tej sprawie odesłał nas do władz gminy, broni Leszek Łochowicz: - Strażnik pierwszy sygnał o tych psach otrzymał w poniedziałek i podjął rutynowe czynności – zaczął sprawdzać, czy jest w stanie ustalić właścicieli tych psów. Okazało się to niemożliwe. Wywiad środowiskowy polega na tym, że rozpytuje się mieszkańców i ostrzega się ich, że taka sytuacja ma miejsce. Czy to nie za mało? - Ja wiem, że strażnik w miarę możliwości podejmował czynności zmierzające do złapania tych psów. Nie wiem, czy zrobił wszystko, co mógł, wiem, że teraz robimy wszystko, by tę sprawę skutecznie załatwić – odpierał zarzuty wiceburmistrz Krajenki.

Ostatecznie zdziczałe psy udało się złapać – jednego w sobotę, drugiego w niedzielę. Wnioski z zaistniałej sytuacji mają zostać przez samorządowców wyciągnięte.

Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama