- Nie widzę w radzie chęci zrobienia czegoś pozytywnego, woli wpływania, żeby coś w tej gminie zmieniać. Brakuje inicjatywy ze strony radnych - ocenia radna z Głomska. Z Anną Szlum rozmawia Piotr Steffen
Pierwszy rok kadencji za nami. Zaliczała się Pani do grona bardziej aktywnych radnych. Jak ocenia Pani ten rok pracy w radzie? Z czego jest Pani zadowolona, czym rozczarowana?
Pamiętam, jak przewodniczący rady rozpoczynając kadencję nowej rady mówił o sukcesach we wcześniejszej kadencji. Likwidację szkoły w Głomsku od razu skojarzyłam sobie wtedy z tym, że łatwo dobić słabego człowieka, ale znacznie gorzej i trudniej jest go wyleczyć i utrzymać przy życiu. Zamknięcie szkoły chyba nie było czymś trudnym. [[reklama]] Nie chciałbym, żebyśmy ponownie roztrząsali temat, który wielokrotnie był już omawiany, a którego dziś już nie zmienimy.
Miałam potrzebę podzielenia się taką refleksją, więcej do tematu nie będę wracać. Skupiając się na podsumowaniu minionego roku mogę powiedzieć, że na razie nie widzę w radzie chęci zrobienia przez radnych czegoś pozytywnego, woli wpływania na to, żeby coś w tej gminie zmieniać. Żeby inaczej, a przede wszystkim lepiej wykorzystywać pieniądze. Ja rozumiem, że od tego przede wszystkim są urzędnicy, ale jeśli jako radni nie będziemy na pewne sprawy naciskać, to nic się nie zmieni. Dlatego brakuje mi inicjatywy ze strony radnych. A jeśli już zdarzy się, że ktoś wychodzi z jakimś pomysłem, natychmiast jest kasowany, a reszta nie włącza się do dyskusji.
W jakiej na przykład sprawie?
Chociażby oświaty. Może rzeczywiście warto powołać zespół szkół, zrobić jednego dyrektora dla wszystkich placówek, żeby o wszystkich równo dbał, a najlepiej, żeby był to ekonomista, a nie nauczyciel. Taki zespół szkół na pewno pozwoliłby zaoszczędzić na szkolnej administracji. Oczekiwałabym również, żeby wymóc na szkołach większe zaangażowanie w codziennej pracy. Jak to jest, że uczniowie tak dużej szkoły jak Szkoła Podstawowa w Zakrzewie uczestniczą w ciągu roku zaledwie w kilku konkursach?
Skąd te dane?
Ze sprawozdań, które otrzymaliśmy jako radni. Dla porównania mogę dodać, że w małej szkole w Śmiardowie Złotowskim takich konkursów było znacznie więcej, pomimo małej ilości uczniów.
A propos szkoły – kilka miesięcy temu była Pani mocno zaangażowana najpierw w stworzenie w miejsce zlikwidowanej placówki niepublicznej szkoły, później przedszkola. Przez moment wydawało się, że szczególnie przedszkole miało jakieś szanse na powstanie. Ta inicjatywa definitywnie upadła?
Na przedszkole rzeczywiście była realna szansa, ale jeżeli jest młoda, chętna osoba, która chce się tego podjąć, ale nie może – w mojej ocenie – liczyć na pomoc gminy, to nie dziwmy się, że pomysłu nie udaje się zrealizować.
Z tego co pamiętam zainteresowana otwarciem niepublicznego przedszkola miała zielone światło od wójta.
Ale osoba ta nie miała niezbędnych do tego pieniędzy i na to trzeba było przeznaczyć jakieś środki. Stowarzyszenie „Nad Głomią”, które wcześniej ubiegało się o powołanie szkoły złożyło wniosek, a więc teoretycznie były zarezerwowane pieniądze, które można było przeznaczyć na pomoc w uruchomieniu jej niepublicznego przedszkola. W ostateczności padały jednak wyjaśnienia, że przepisy prawa nie pozwalają na wykorzystanie tych środków na działalność takiej placówki. Mnie osobiście te argumenty nie przekonały, gdyż rada mogła w drodze uchwały przesunąć te pieniądze. Szkoda, że tak wyszło, bo efekt był taki, że zainteresowana osoba w końcu zrezygnowała.
Kilka tygodni temu radny Zenon Nowakiewicz narzekał mocno na naszych łamach na system dowożenia dzieci z okolic Głomska. Rzeczywiście system aż tak szwankuje?
W tamtym roku dochodziły do mnie takie informacje, szczególnie zimą. Obecnie nie mamy ostrej zimy, więc być może dlatego nie ma takich problemów. Generalnie sytuacja w tym względzie uległa chyba poprawie.
Wracając do sytuacji sprzed ponad roku, a konkretnie do wyborów. Jak to się stało, że pokonała w nich Pani silnych kontrkandydatów, żeby wymienić choćby byłego radnego Henryka Dorsza czy Grzegorza Łosińskiego? Dla wielu, szczególnie spoza Głomska, Pani wygrana w tym okręgu była sporym zaskoczeniem.
Jestem osobą, która dużo rozmawia z ludźmi, nawet z najmłodszymi. Wydaje mi się, że potrafię wzbudzić zaufanie i chyba w tym tkwi tajemnica tej wygranej. Kiedyś z jednym z chłopców rozmawiałam na temat sytuacji w szkołach, chciałam upewnić się, czy nie ma w naszych placówkach problemu z narkotykami. Powiedział mi wprost, że jak dam mu 30 zł to na drugi dzień przyniesie mi porcję. Mówię o tym w kontekście tego zaufania.
Kiedy ostatnio szumnie zapowiedziano podwyżkę dla wójta, od razu byłam temu przeciwna, bo wiem, jak wiele innych mamy w tej gminie potrzeb. Wiele osób w tej radzie funkcjonuje na co dzień wśród ludzi stosunkowo zamożnych. Ja często mam do czynienia z tymi najbiedniejszymi i wiem, jakie osoby te mają potrzeby. Jestem blisko zwykłych, prostych ludzi, dla których w życiu liczą się przede wszystkim wartości, a nie pieniądze. Dlatego jedynym priorytetem mojej pracy w radzie jest zapewnianie potrzeb mieszkańców, szczególnie tych najbardziej potrzebujących. Chcę skupiać się na podstawowych sprawach, czyli drogach, kanalizowaniu itd., a nie na rzeczach, które są mniej potrzebne lub w ogóle. Dlatego nigdy nie poparłabym budowy hali sportowej w tamtym czasie, bez większego udziału środków zewnętrznych, przez co do dzisiaj musimy spłacać duże zobowiązania.
Gminy nie stać zatem na większą podwyżkę dla wójta, czy w Pani ocenie po prostu na nią nie zasłużył?
Zasłużył, tym bardziej, że jest w gronie tych mniej zarabiających wójtów i burmistrzów. Ale nie stać nas na wysokie podwyżki i pewnie dlatego wójt dostał taką, jaką dostał.
Pytam tak o wójta, bo była z nim Pani podczas wyborów w jednym komitecie. Do wyborów szliście razem, tymczasem dzisiaj mam wrażenie, że nie jest Wam po drodze, że często jest Pani w gronie oponentów Henryka Dobrosielskiego.
Wśród oponentów to za mocno powiedziane, ale rzeczywiście często nie popieram myślenia wójta i to w wielu kwestiach.
Dlaczego?
Uważam, że w pewnych sprawach, na które może mieć wpływ, powinien być bardziej stanowczy.
Na przykład?
Chociażby wspomniane już sprawy oświatowe, a także kwestie dróg, które są bardzo ważną sprawą, a którym nie poświęca się należnej uwagi. Gdy popierałam wójta w wyborach sądziłam, że myśli podobnie jak ja. Obecnie to jednak się nie potwierdza.
Wspomniała Pani o bliskości z ludźmi, co ma odróżniać Panią od innych radnych. Czuje się Pani czasami na sesjach... inna niż pozostali radni? Dobrze czuje się w ogóle Pani w tej radzie?
Coraz lepiej. Z czasem odnajduję w radzie coraz więcej osób, z którymi łączy mnie sposób myślenia, że wspomnę choćby Agnieszkę Wałczuk czy Dawida Krzyka. Te osoby dostrzegają, jak wiele potrzeb mają mieszkańcy tej gminy.
Pytam, bo niejednokrotnie miałem wrażenie, że sprawy, które Pani zgłaszała, wnioski i interpelacje, nie były poważnie traktowane, niekiedy widzę, że radni uśmiechają się pod nosami.
Mam świadomość, że nie zawsze jestem poważnie odbierana, wyczuwam niekiedy ironię ze strony radnych, ale nie uważam, żeby moje pomysły były niestosowne czy głupie. Wydaje mi się, że większość radnych nie czuje po prostu tych spraw, o które ja zabiegam. Większość z nich uważa, że co wójt powie czy też co zostanie nieoficjalnie ustalone w gronie większości, takim musi po prostu być. Tymczasem, gdy ktoś przedstawi inny pogląd, z góry musi być on niewłaściwy.
Obiektywnie trzeba przyznać, że niektóre Pani pomysły były kompletnie nietrafione, chociażby ten, żeby ogrzewać budynki użyteczności publicznej słomą, a nie peletem.
Przyznaję, że na ten moment gminy nie stać na wykonanie takiej inwestycji.
Walczyła Pani przez niemal cały rok o obniżenie diet radnych. Dlaczego?
Bo w trudnej sytuacji samorządu podwyżka na początku kadencji nie była dobrym pomysłem. Poza tym podparłam się wnioskiem Janusza Okońskiego, który swego czasu pojawił się na komisji i apelował w imieniu swoim i innych osób o zmniejszenie wysokości diet. Uznałam, że jeśli jakaś grupa mieszkańców zgłasza się z takim wnioskiem, powinniśmy byli się do tego przychylić.
W ostateczności liczby pokazały, że koszt utrzymania rady w 2011 roku był tylko nieznacznie wyższy od kosztów utrzymania rady w 2010 roku.
Ale było mniej posiedzeń i dlatego tak mało zrobiliśmy. Raz przerwa między sesjami trwała prawie trzy miesiące. Nie wiem, czy szukano w ten sposób oszczędności na funkcjonowaniu rady, ale uważam, że powinniśmy częściej się spotykać. Żeby nie dochodziło do sytuacji, że na jedną sesję jesteśmy zawalani potężną ilością materiałów, a później jest tak, że w czwartek wieczorem dostaję dokumentację dotyczącą budżetu, a w poniedziałek mam być już przygotowana do posiedzenia komisji. Zresztą nie tylko ja narzekałam i przyznawałam podczas komisji wprost, że nie jestem do tego posiedzenia należycie przygotowana. Pewne rzeczy trzeba dogłębniej przeanalizować, przedyskutować, niektórzy naprawdę mają fajne pomysły, należałoby je omówić i zastanowić się nad wprowadzeniem w życie. Tylko kiedy to zrobić? A jak już zdarzy się, że ktoś ma pomysł, to, jak powiedziałam, inicjatywa jest kasowana. Taka jest moja opinia.
Czego zatem oczekuje Pani od radnych po pracy w kolejnych latach tej kadencji?
Myślę, że możemy zrobić dużo więcej, ale potrzeba woli i inicjatywy. Za mało się spotykamy, za mało rozmawiamy, dlatego chciałabym, żeby powstała grupa, która będzie dyskutować poza protokołem, bez pobierania diet, ale normalnie, w urzędzie. Nie wiem, na ile pomysł by wypalił i ilu radnych rzeczywiście wykazałoby się chęcią uczestnictwa w takiej pracy, bo wymaga to na pewno poświęcenia swojego prywatnego czasu. Ale właśnie przedyskutowania wymaga też wiele kwestii dotyczących tej gminy, kwestii, które nie są przez nas należycie traktowane.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze