1 lutego gościem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Złotowie był Romuald Koperski - podróżnik, który zakochał się w Syberii. Z tym niecodziennym "ambasadorem" Polski i Rosji rozmawia Łukasz Opłatek
Jest Pan podróżnikiem, przewodnikiem po Syberii, pilotem samolotowym, pisarzem, dziennikarzem, fotografem, nurkiem oraz muzykiem pianistą. Uff… Aż trudno to wymienić jednym tchem.
Jakoś tak się zdarzyło, bo edukacja człowieka nie powinna się kończyć na studiach. Człowiek powinien cały czas się rozwijać, uczyć nowych rzeczy. Jest to cecha, którą część ludzi ma, część nie. Mi to jakoś tak wyszło...
Pańską miłością jest Syberia. Jak można zakochać się w miejscu tak niedostępnym, nieprzyjaznym człowiekowi?
Ona jest ciałkiem przyjazna, jeśli się ją pozna. Wyobrażenie Polaków o Syberii to jest zima i miejsce zsyłek. A tam jest piękna wiosna, tam mieszka prawie 80 narodowości, to jest dla człowieka ciekawego fascynujący świat. Po pierwsze nieschodzony nogą turysty, jest tam natura, którą Bozia stworzyła.
Od zawsze był Pan tak ciekawy świata? Bo zakładam, że to ciekawość pognała Pana na Syberię.
Syberia ma w sobie jakąś magiczną moc przyciągania. Osoby, które były ze mną na Syberii i z góry traktowały to jako jednorazowy wyjazd po roku dzwonią i pytają o wyjazd, bo myślą o Syberii. To nie jest tak, że ja jestem jakimś dziwakiem, który sobie wymyślił, że Syberia jest piękna.
Chciał Pan sprawdzić, ile potrafi wytrzymać? Klimat Syberii potrafi dać w kość. I to dosłownie.
Takie podejście, ile się wytrzyma, jest w wieku 20 – 30 lat. Oczywiście warunki są trudne, ale do nich człowiek się bardzo szybko przyzwyczaja. Ja w Złotowie pokażę ludzi, którzy żyją w miejscach, w których być ich nie powinno: w 70* mrozie bez opału, gdzie przez 300 dni w roku wieją wiatry, a zima trwa 9 miesięcy.
Jakie jest Pańskie pierwsze wspomnienie związane z Syberią?
Krajobrazy i niekończące się przestrzenie. Biorąc pod uwagę, że samolot leci 1000 km/h, a przez godzinę leci on nad tajgą, to daje do myślenia. Tam są nie tylko pustynie lodowe, ale też piaszczyste. Poza tym urzeka ta prostota. Tam nie ma środka, jest “tak” albo “nie”.
Wielu ludziom na świecie, a w Polsce zwłaszcza, Syberia kojarzy się negatywnie. Historycznie na nią patrząc była to kraina zesłania tysięcy naszych rodaków.
Tak, ale to była również kraina, co się skwapliwie pomija, Eldorado dla Polski. Pragnę przypomnieć, że Polski długo na mapach nie było i nasi rodacy dobrowolnie osiedlali się na Syberii, gdzie dorabiali się majątków. To trwało do 1920 roku. Polscy inżynierowie budowali przecież kolej Transsyberyjską. To my, Polacy, cywilizowaliśmy tę krainę. Do dzisiaj co 10 mieszkaniec Irkucka ma powinowactwo z Polską.
Znajduje Pan na Syberii ślady Polski i Polaków?
Oczywiście. Nie ma miejscowości na Syberii, gdzie by jakiegoś Polaka kiedyś nie było. Nawet na dalekich krańcach Syberii są całe wioski zamieszkiwane przez Polaków. I oni są na tyle Polakami, że zachowali mowę polską, a są tam 102 lata...
Na wyprawy po Syberii zabiera Pan co roku wiele osób. Uczy ich Pan Syberii?
Oni się sami uczą. Ludziom, którzy tam jadą momentalnie zmienia się optyka patrzenia na świat. Mówią, że nie tak ją sobie wyobrażali, że nie wiedzieli, iż jest ona taka piękna. A potem już samodzielnie tam jeżdżą.
W marcu 2011 r. założył Pan fundację swojego imienia, której celem jest poprawa wizerunku Polski w Rosji i Rosji w Polsce. Czuje się Pan ambasadorem obu tych krajów?
Wypełniam pewną lukę. My, ludzie prości, nie mający nic wspólnego z polityką nic kompletnie do siebie nie mamy. Jesteśmy Słowianami i doskonale się rozumiemy. Niestety tylko politykom, tym małym, niedowartościowanym jest potrzebny wróg. A wizerunek nas poprawiać trzeba.
Czego nauczyła Pana Syberia?
Nauczyła mnie nie zajmowania się głupotami. Pokazała mi, że nie ważny jest laptop, telefon czy pieniądze. Ważny jest drugi człowiek. Nauczyła mnie wielkiego dystansu do życia, do rzeczywistości, pokazała, co jest mądre, co głupie, a co beznadziejnie głupie.
Napisał Pan kilka książek o tej części Rosji, m.in. "Pojedynek z Syberią", "Przez Syberię na gapę", "1001 Obrazów Syberii”, “Syberia Zimowa Odyseja”. Na papierze jest Pan w stanie oddać uczucia, które wywołują w Panu te podróże?
Nie wszystkie, ale książki cieszą się powodzeniem. Dla mnie cenne jest to, że ludzie mówią, że dwa razy przeczytali moją książkę, a za rok czytają ją po raz trzeci. Także coś z tego papieru wypływa.
W 1998 roku samotnie, gumowym pontonem pokonał Pan 4500 km rzeką Leną z jej źródeł w Górach Bajkalskich do Morza Arktycznego. To odwaga czy już szaleństwo?
To było oczywiście szaleństwo. Ale pragnę przypomnieć, że wszystko zaczyna się od szaleńców. Gdyby nie oni, to nadal byśmy na drzewach siedzieli i nie wiedzieli, że jest Ameryka. To szaleństwo jest w cudzysłowie. Po prostu są ludzie, którzy chcą zostawić te ciepłe kapcie w domu i ruszyć na niewygody, żeby zobaczyć i przeżyć coś innego.
Rozumiem, że dlatego też dziesięć razy przejechał Pan samochodem przez Syberię na długości geograficznej ponad 140 tys. kilometrów. Znajduje Pan naśladowców?
Obecnie organizuję wyprawę, która na początku marca wyjedzie na Półwysep Kolski. Kiedy ogłosiłem to na Facebooku, miałem 50 zgłoszeń. Powiedziałem im: dobra, kupcie śpiwór, ja daję samochody, w nich łóżka i jedziemy. Na dziś zostały 4 osoby i nie jestem pewien, czy one pojadą. Zawsze ludzie znajdują jakieś wymówki.
Pomysłodawca oraz organizator trzech edycji rajdu samochodowego "Transsyberia", w tym trwającego 39 dni najdłuższego i najtrudniejszego rajdu samochodowego na świecie "Transsyberia - Gigant 2004" Atlantyk - Pacyfik - Atlantyk, liczącego 30.000 km. W 2008 roku zorganizował Pan międzynarodową polsko-rosyjską ekspedycję, ekstremalnym przejazdem z przylądka Roca w Portugalii na krańce Czukotki. Nikt tego dotąd nie dokonał. To Pana “kręci” , dzierżenie palmy pierwszeństwa?
Z jednej strony tak, staram się, by moje ekspedycje nigdy nie były po czyichś śladach. Bo w dzisiejszych czasach trudno jest coś pionierskiego znaleźć. Cieszę się, że będąc już tam mogę powiedzieć, że więcej ludzi było w kosmosie niż w tym miejscu.
Podobnie było ze zorganizowaną w 1994 roku ekspedycją samochodową na trasie Zurych - Nowy Jork. Trasa tej pionierskiej wyprawy wiodła przez bezkresne obszary Syberii, Amerykę Północną, Kanadę, Stany Zjednoczone…
To był zupełny odjazd. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien wtedy wyjeżdżać, skoro w Polsce było przeświadczenie, że tuż za granicą rosyjską człowieka napadną, zabiją. Tam chodziło o to, by zmienić swoje życie z nędznego, podporządkowanego na życie człowieka wolnego.
Kto jest dla Pana wzorem podróżnika, odkrywcy? Jako naród mamy wiele osiągnięć w tym względzie, również na bezkresach Rosji.
Nie mam idola, którym bym się zachwycał. Najbardziej interesują mnie te nieudane wyprawy. Zastanawiam się, co ci ludzie poświęcili, żeby gdzieś dotrzeć, a im się nie udało. W podróży nie zawsze wchodzi się na szczyt. Czasem braknie 20 m i wtedy jest mądrość polegająca na tym, że nie dotrę tam po to, żeby stanąć i umrzeć, ale ja mam wrócić i dalej żyć. Może jeszcze kiedyś spróbuję.
Dlatego w 2002 zorganizował pięcioosobową wyprawę do Jakucji w poszukiwaniu grobu Jana Czerskiego?
To był wielki odkrywca Syberii. Człowiek, który z samouka stał się profesorem. Do dzisiaj uważany jest za jednego z największych geologów na świecie. Polak, który jest mało znany. To jest niesprawiedliwe, bo gdyby np. nosił sutannę, to byśmy mieli jego pomniki na każdym skrzyżowaniu. To samo dotyczy polonii rosyjskiej. Dzisiaj nikt nie mówi o potomkach zesłańców, bo ważniejsza jest ta amerykańska.
Na Syberię zabiera Pan również kobiety, choćby na Międzynarodowy Rajd Samochodowy Kobiet "YEKATERINA" na trasie Gdańsk - Sankt Petersburg - Murmańsk, którego pierwsza edycja odbyła się 11-20 czerwca 2011. Kobiety potrafią stawić czoła Syberii?
I to bardzo dobrze. Czasami są mniej marudne od mężczyzn. Są zorganizowane, przyjmują rzeczy takimi jakie są, nie dyskutują bez potrzeby, chociaż duch rywalizacji zawsze jest. Więcej zachodu miałem z mężczyznami, którzy o danej godzinie czegoś nie zjedli albo czegoś nie mogli kupić.
Wracając do Pańskich pasji. Jedną z nich jest muzyka. I na tym polu, grając w 2010 roku na fortepianie przez 103 godziny i 8 sekund ustanowił Pan rekord Guinessa. Znowu musiał Pan być najlepszy, największy…
Nie. Uważam się za dobrego muzyka. Gram na instrumencie 50 lat i raptem się dowiaduję, że jest taka konkurencja. Pomyślałem, że spróbuję. Po prostu siadłem do fortepianu, zaciąłem się i się udało.
Obecnie przygotowuje się Pan do próby pokonania łodzią wiosłową Oceanu Spokojnego pomiędzy rosyjskim portem Władywostok a San Francisco, w ramach projektu “Trans-Pacyfik Solo 2013”.
Właśnie buduję łódź, sprawdzam warunki, szukam wyjścia na Morze Japońskie, które zablokowało wyjście na Ocean Spokojny aż 11 śmiałkom przede mną. Będę 12. i spróbuję.
Ma Pan 57 lat, wciąż mało Panu adrenaliny?
Ona mnie trzyma. Ona zdobi, daje siłę i pozwala funkcjonować facetowi, tak jak facet powinien egzystować. Moi koledzy siedzą w kapciach przed telewizorem z piwem w ręku. Szkoda, bo to tak jakby już się skończyło dla nich życie.
Organizacja wypraw to z pewnością spory koszt. Stać Pana na to, by odbywać te wszystkie wojaże?
Jeżeli ktoś chce pojechać, to pieniądze nie są najważniejsze. W przypadku wszystkich moich wypraw te pieniądze były minimalne. Na spływ Leną nie miałem pieniędzy. Jadąc do Nowego Jorku miałem pieniądze na jedzenie i paliwo. Koszty są na papierze, gdzie ludzie, planując ekspedycje, wypisują bzdury. A jak ktoś nie pojedzie, bo sponsora nie znalazł, to nie jest żadnym podróżnikiem.
Jak na Pańską podróżniczą pasję reaguje rodzina?
Rodzina jest przyzwyczajona. Na początku bywa opornie, ale potem najbliżsi dojrzewają do tego i mi kibicują, co jest dla mnie bardzo ważne.
Jak długo zamierza Pan zmagać się z Syberią i innymi niedostępnymi rejonami świata?
Jak się raz zacznie, to jest to jakaś narkomania. Trzeba już jeździć, bo odwyk byłby bardzo ciężki.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze