Z talentami ponoć się człowiek rodzi, ale życiowe pasje trzeba rozwijać. Przypominamy, a niektórym zapewne przedstawiamy człowieka z pasją uprawiającego kolarstwo przez całe życie - Zbigniewa Betschera, który rywalizował z Tadeuszem Mytnikiem, Andrzejem Kaczmarkiem, Ryszardem Szurkowskim, z najlepszymi w tamtym czasie
Kiedy zaczęła się Pańska miłość do dwóch kółek?
Podzieliłbym to na trzy etapy. Pierwszy to lata 1962-70, byłem czynnym zawodnikiem, jeździłem w sekcji kolarskiej LZS PZGS Złotów. Ojciec był prezesem tej sekcji, podlegaliśmy pod województwo koszalińskie. Złotów w tym okresie był bardzo mocną sekcją kolarską. W 1966 roku jako junior zdobyłem Mistrzostwo Polski LZS, startowaliśmy w Mistrzostwach Polski drużynowych na czas, gdzie zdobyliśmy srebrny medal. Każde niemal miasto miało sekcję kolarską. Inne czasy były, a LZS były potęgą kolarską w Polsce. Niemal wszyscy słynni zawodnicy, którzy wówczas występowali w słynnym Wyścigu Pokoju, wywodzili się z LZS. Byłem w kadrze Polski LZS z Leonem Wrzeszczem. Reprezentowaliśmy Polskę za granicą w ówczesnej Czechosłowacji, NRD, Bułgarii, Związku Radzieckim. Moja przygoda z rowerem skończyła się w 1970 roku.
Drugi etap pasji to były lata 1984-89, gdy zostałem trenerem powstałego od nowa klubu LZS Drogowiec. Prezesem w tym czasie był Janusz Skowroński. W tym też roku wypadek samochodowy miał niestety mój syn i wycofałem się z kolarstwa, zająłem się synem. Ostatni etap rozpoczął się w 2003 roku. Wsiadłem na rower i zacząłem jeździć. Powód był prozaiczny - nadwaga, ważyłem około 105 kg, miałem problemy z nadciśnieniem. Po pół roku jeżdżenie okazało się zbawienne. Ciśnienie w jak najlepszym porządku, tabletki poszły na bok. I tak do dnia dzisiejszego pedałuję na rowerze i muszę przyznać, że przejechałem 100 tys. kilometrów, czyli okrążyłem kulę ziemską już trzeci raz. Daje mi to sporo satysfakcji. [[reklama]] Jeździ Pan sam czy ma kompanów, którzy też podzielają pasję rowerową?
Tak, mam kompanów, nazywamy się Mastersi. Grupa to: Zdzisław Baran, Kazimierz Kowalski, Seweryn Kasprzak, Andrzej Tomasz, Andrzej Karłowicz, Andrzej Durek, Janusz Biela, bracia Sławek i Marek Dereszkiewiczowie, Bogdan Manikowski i Wiesław Fidurski. Wszyscy podzielamy miłość do dwóch kółek i bierzemy udział w różnych wyścigach.
Jakich?
Za ostatni rok wspomnę chociażby MTB w Pile, w których zająłem trzecie miejsce w kategorii Masters, pierwsze miejsce w MTB w Złotowie. Poza tym w Szosowych Mistrzostwach Piły w jeździe indywidualnej na czas zająłem trzecie miejsce, Mistrzostwa Piły w jeździe szosowej to też trzecie miejsce. W Maratonie Kołobrzeg na 82 km zająłem pierwsze miejsce, Maraton Czasowy Choszczno na dystansie 105 km - pierwsze miejsce.
Co najbardziej kręci Pana w tej pasji?
Przede wszystkim to duża frajda, kiedy pokonuje się tyle kilometrów. Wszystkie drogi w powiecie są zaliczone, nie ma takiej, której nie przejechaliśmy na rowerze. Całą zimę również jeździmy, bo mam nie tylko szosówkę, ale też górala. To nie jest tylko turystyczna jazda, dlatego czasami trudno skupić się na otaczającym krajobrazie i pięknych miejscach. Przejeżdżamy 100 km w 3 godziny, więc średnia jest ładna.
Ile razy w tygodniu wsiada Pan na rower?
Około cztery razy w tygodniu. Jak jeździmy, mówiąc po kolarsku: wachlarzem, nie ma czasu na marzenia w czasie jazdy i myślenie o niebieskich migdałach. Trzeba skupić się na jeździe. Mieliśmy przykry wypadek z kolegą Januszem Skowrońskim. Jechało nas 10, kolega liznął koła, był bez kasku, uderzył o asfalt i w wyniku obrażeń niestety zginął. Więc żartów nie ma.
Jakim rowerem Pan obecnie jeździ - domyślam się, że to nie tani sport.
Magnetic produkcji niemieckiej - karbon, mam też górala, również niemiecki, Karatec. A pierwszym rowerem, na którym się ścigałem, była turystyczna Eska bez przerzutek. Później dostałem rower Huragan, po nim Jaguara, najlepszego ówcześnie w Polsce produkcji Romet Bydgoszcz. Muszę powiedzieć, że dostałem też samą ramę, która jechała w Wyścigu Pokoju, na której było napisane, z którego wyścigu ona jest, co było samą w sobie frajdą. Kiedy dołożyłem do tego cały sprzęt, ludzie z podziwem oglądali mój rower.
Jeździł Pan z kolarzami z najwyższej półki?
Tak. Józef Bekert, Czesław Polewiak, Tadeusz Mytnik, Rajmund Zieliński, Zbigniew Krzeszowiec, Leszek Kluj, Dariusz Woźniak, Marian Kegel – wszyscy oni startowali w Wyścigu Pokoju, spotykaliśmy się na zgrupowaniach kadry LZS Polski. Przypomnę, startowaliśmy w Warszawie na ulicznym wyścigu, miałem defekt roweru i Rajmund Zieliński użyczył mi swój sprzęt, dzięki czemu ukończyłem wyścig na wysokim miejscu.
Rower nadal daje radość?
To pasja od młodości, na całe niemal życie. Teraz, na emeryturze, rower to moje najważniejsze zajęcie. A staram się jeździć nie tylko turystycznie, również wyczynowo, w czym nie przeszkadza fakt, że mam 64 lata. Mam kolegów, którzy mają 80 lat i jeżdżą. Mało tego, mam kolegę w wieku 82 lat, który jeździł na ostatnich Mistrzostwach Świata w Austrii. Przy moim sportowym trybie życia mam nadzieję, że zdrowie pozwoli na dobrych kilka lat jeżdżenia. Nawet jak nie dam rady sam wsiąść na rower, mówiłem żonie, że zamontuję podnośnik, taki wyciąg, który mnie na rower posadzi, a żona tylko mnie odepchnie i dalej będę jeździł.
Rower daje wolność...
Tak, zapomina się o wielu troskach dnia codziennego. Wcześniej jeździłem na motorze, ale to bardzo droga pasja, a rower na zawsze będzie to pierwszą. Dwa lata temu skrzyknąłem chłopaków, żeby przyszli do amfiteatru z łopatą, pełno śniegu było. Odśnieżyliśmy sobie trasę długości 2,5 km i całą zimę tam trenowaliśmy. Jak się chce, wszystko można.
Szczególne momenty, które pamięta Pan, kiedy zamyka oczy?
Na pewno z tych młodych lat pamiętam jak startowałem w wyścigu o dużej randze, bodajże to był drugi w rankingu po Wyścigu Pokoju Bałtycki Wyścig Przyjaźni Wilno - Gdańsk. W wyścigu występowały tylko reprezentacje województw. Jako najmłodszy uczestnik zawodów byłem nieprzygotowany do tak poważnego wyścigu. To było 15 etapów po 150 km. Etap kończyłem przed wozem końcowym, to był dla mnie horror. Jak pomyślałem sobie, że na drugi dzień trzeba znowu jechać, odechciewało się wszystkiego. To był ogromy wysiłek dla mnie. Ukończyłem ten wyścig jako najmłodszy uczestnik. Najlepsza 10. z tego wyścigu zawsze startowała w Wyścigu Pokoju.
Jak żona zapatruje się na Pana rowerowe szaleństwo?
Nie ma wyjścia, musi się z nim pogodzić. Zresztą namówiłem żonę, żeby zapisała się do Uniwersytetu Trzeciego Wieku i ma tam swoje zajęcia. Latem staramy się razem jeździć na rowerze, dla świętej zgody po 10, 15 km. Mnie z pasji rowerowej nikt nie wyleczy.
Dlaczego akurat rower?
Na przyjęcie dostałem damkę i tak się zaczęło to szaleństwo. W tych czasach rower to nie było byle co. Każdy wolny czas poświęcałem jeździe.
To wszystko Pan notuje? Widzę, że ma Pan zeszyt...
Od 2000 roku każdy trening jest w zeszycie, każdy miesiąc podliczony. W grudniu na przykład zrobiłem 1200 km.
Jak często odbywają się wyścigi mastersów?
Co tydzień, ale wiadomo, pieniądze ograniczają. Uważam, że ścigać się trzeba było za młodu. Teraz to powinien być wysiłek z pasją. Mogę tylko wspomnieć, że ścigałem się ostatnio np. w Wągrowcu z tymi najlepszymi, którzy w klasyfikacji mastersów są wysoko i radziłem sobie z nimi. Byłem 2 – 3. Poziom wyszkolenia jest dobry. Mógłbym startować częściej, ale nie jest mi to potrzebne.
Będzie kontynuacja pasji wśród najbliższych?
Namawiam swoje wnuki, ale jak na razie nie palą się do tego, jak dziadek w ich wieku. Zobaczymy, może kiedyś zmienią zdanie.
Rozmawiał Karol Zabel
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze