Reklama

Wolę najgorszą prawdę niż niepewność

21/11/2011 00:00
Jej śmierć wstrząsnęła mieszkańcami Okonka. Zadawano sobie pytania, co skłoniło młodą dziewczynę do tak desperackiego kroku. Pojawiały się różne hipotezy

W Okonku znali ją niemal wszyscy, nie tylko ze względu na charakterystyczny kolor skóry – Karolina była Mulatką. Latem tego roku znaleziono ją w lesie w pobliżu Sępólna Krajeńskiego, wisiała na drzewie. Miasto aż huczało od plotek (mówi się o tym tragicznym wydarzeniu do dzisiaj), ktoś opowiadał, że była w samej bieliźnie, inny, że to zemsta mafii, bo Karolina miała jakoby zajmować się handlem narkotyków, jeszcze inny, że to zazdrosny partner przyczynił się do jej śmierci.

Dla jej matki był to ogromny cios, straciła jedynaczkę. Jak przyznaje pani Halina, najważniejsze jest dojście do prawdy, do tego, co zdarzyło się owego letniego dnia, 4 lipca tego roku.
- Przyjechała do domu koło osiemnastej w niedzielę z kolegą. Mąż ma takie pudełko ze sprzętem wędkarskim, to je wzięła, powiedziała, że jedzie na ognisko i przy okazji połowi. Obiecała, że jak wróci rano to pojedziemy do Wolina, do babci. Ale już nie przyjechała. Przed północą dzwonił Krzysztof, jej partner i zapytał, czy Karolina nocowała u mnie. Odpowiedziałam, że nie. Miał włączony głośnik i tylko usłyszałam jej głos: „Mamo, jak to nie”. Byłam zła na nią, że wkręca mnie w ich sprawy. Po tym podobno się pokłócili i ona wybiegła z domu – twierdzi.

Krzysztof od poniedziałku do środy wydzwaniał do kobiety, czy nie wie, co się dzieje z Karoliną, wreszcie powiedział, żeby zgłosiła jej zaginięcie na policji. Poszła od razu na komisariat, kiedy znowu zadzwonił. - Miałam włączony telefon na głośnik i policjant słyszał całą rozmowę. Funkcjonariusz poprosił, żeby to Krzysztof zgłosił u siebie jej zaginięcie, bo to pewnie przyspieszy sprawę. Z początku przyjaciel córki nie chciał, ale policjant chwycił telefon i kazał mu natychmiast to zgłosić. Chodziło przecież o czas – tłumaczy pani Halina.

Wieczorem w środę zadzwoniła po raz kolejny, wtedy dowiedziała się od Krzysztofa, że stała się rzecz straszna, że Karolinę znaleziono powieszoną w lesie.

- Nigdy nie podejrzewałam, że córka może się na to zdecydować. Nigdy nie uwierzę w to, że na skutek kłótni z Krzysztofem. Mówiła, że on wybudował się w bardzo bogatej dzielnicy, że często ich okradali, że kręcili się tacy różni. Może jak się pokłócili wybiegła z domu i na kogoś trafiła? Nie mam pojęcia – przyznaje.
[[reklama]]
Dlaczego teraz o tym mówi?

Prokuratura w Tucholi, która badała okoliczności śmierci Karoliny, po kilku tygodniach umorzyła postępowanie „z braku znamion czynu zabronionego”, co oznacza, że do jej śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie, było to po prostu samobójstwo. Pani Halina z umorzeniem nie chce się zgodzić, pyta, dlaczego nie dostała do dzisiaj wyników sekcji zwłok Karoliny, gdzie jest dowód rejestracyjny samochodu córki, gdzie się to wszystko podziało, łącznie ze sprzętem wędkarskim, który wzięła z domu? – Jak odbierałam samochód to bagażnik był przetrzepany, nawet w skrytce nic nie było, a wiem, co Karolina w niej woziła – oświadcza. Komórkę córki policja z Sępólna oddała po siedmiu tygodniach.

Twierdzi, że dopiero teraz Krzysztof dzwoni i mówi, że Karolina handlowała narkotykami, że sama je brała, że może wpadła w kłopoty finansowe i to było przyczyną samobójstwa. - Dlaczego teraz on to mówi, że podobno brała jakieś prochy? Nic takiego nie zauważyłam, ale mogłam nie zauważyć, bo rzadko się widzieliśmy. Dlaczego nie mówił o tym pół roku temu, przecież ona częściej się z nim widziała niż ze mną. Jeszcze mówił, że może ją mafia wykończyła. A skąd on o tym wie? – pyta zdziwiona matka. W piśmie z prokuratury, który dostała, jest stwierdzenie, że w momencie śmierci córka była pod wpływem alkoholu, o narkotykach natomiast ani słowa.

Pani Halina zaprzecza też plotkom, jakoby córka w momencie popełnienia samobójstwa była w samej bieliźnie. To było lato, Karolina była w ubiorze typowym jak na tę porę roku: w krótkich spodenkach i koszulce. - Co mnie jeszcze bulwersuje, to to, że prokurator kazał wydać ciało córki dla tamtejszego zakładu pogrzebowego. Z jakiej racji, skoro ja już załatwiłam wszystko w zakładzie w Szczecinku? Spytałam go, czy moja córka to mebel, który można sobie przerzucać gdzie kto chce? Odpowiedział tylko, że nie życzy sobie, abym na niego krzyczała. Odpaliłam mu, że od życzeń to są złote rybki – mówi zdenerwowana.

Rzecznik prokuratury w Tucholi potwierdza, że postępowanie zostało umorzone z przyczyn, o jakich pisaliśmy. Jednak pani Halina miała siedem dni na odwołanie się od tej decyzji. - Ta pani złożyła zażalenie na prokuraturę, ale po wyznaczonym terminie. Tłumaczyła, że była roztrzęsiona, musiała zająć się pogrzebem. Sąd przychylił się do jej prośby i przywrócił termin. Zajmie też stanowisko, czy zażalenie jest zasadne – mówi prokurator. – Co do wyników sekcji zwłok to musi o takie coś wystąpić, może zajrzeć również do akt sprawy. Dzisiaj dostaliśmy od niej kolejne pismo, teraz jest wszystko w rękach sądu – dodaje.

Pani Halina oświadcza, że się nie podda. - Dla mnie ważniejsza jest najgorsza prawda niż niepewność do końca życia – mówi na zakończenie.

Ryszard Mikietyński

*imiona osób zostały zmienione
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama