Reklama

Ze śmiercią nie da się oswoić

10/02/2012 15:44
- Nie jesteśmy robotami, które pozbierają poszkodowanego, trzasną drzwiami i zapomną - opowiada Ewa Manthey, ratownik medyczny z dziesięcioletnim stażem. - Najbardziej w pamięci zostają wypadki, w których giną dzieci

Praca ratownika jest nieprzewidywalna. Każdego dnia Szpitalny Oddział Ratunkowy tętni życiem, bywają jednak wyjątkowo pracowite dni – wówczas drzwi wejściowe praktycznie się nie zamykają. Spokojne dyżury zdarzają się rzadko – szybko się o tym przekonuję. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami zjawiam się na SOR o 11.00. W korytarzu od razu dostrzegam wzmożony ruch. Mężczyzna ze sporym urazem dłoni już jest opatrywany, przywieźli kobietę po zasłabnięciu. Trzeba czekać. Umawiam się na telefon za godzinę. Dzwonię, „akurat nikogo nie ma, ale co będzie za trzy minuty nie potrafię pani powiedzieć” – słyszę w słuchawce. No tak – w końcu w tej pracy raczej nie da się niczego zaplanować, nigdy nie wiadomo, kiedy zgłosi się ktoś potrzebujący natychmiastowej pomocy.
[[reklama]]
Na oddziale wita mnie cisza, idziemy w spokoju porozmawiać. Mamy na to jakieś 5 minut, ponieważ krótko po tym jak usiadłam z moją rozmówczynią w gabinecie ktoś przywozi chłopca z urazem głowy. Trzeba iść – czekam dalej. Pomoc została udzielona sprawnie, po jakichś 20 minut pani Ewa do mnie wraca, nie zdążyłam jednak nawet zadać kolejnego pytania, kiedy na SOR pojawiają się rodzice z dzieckiem – prawie 40-stopniowa gorączka. Malec płacze – trzeba się nim zająć.

Trzeba być wcześniej


Dyżury ratownicze z reguły zaczynają się o 7 rano i trwają – w zależności od systemu, w którym jest się zatrudnionym – 12 lub 24 godziny. Jak opowiada pani Ewa, nie można przyjść do pracy na styk, trzeba być trochę wcześniej, żeby – w razie nagłego wyjazdu – nie zatrzymywać kolegów dłużej w pracy. Następuje przekazanie dyżuru, a więc i wszystkich niezbędnych informacji o pacjentach, którzy trafili na oddział, potem trzeba sprawdzić sprzęt, uzupełnić leki i środki opatrunkowe, które zostały podczas poprzedniej zmiany wykorzystane. Ratownicy muszą cały czas być w gotowości.

Najwięcej zdarzeń odnotowuje się w weekendy. Bardzo pracowity dla ratowników jest też okres letni. – Mamy wtedy najwięcej tragicznych wypadków drogowych. Wszystkim się wydaje, że skoro jezdnia jest sucha to hulaj dusza, piekła nie ma – opowiada E. Manthey. Ilość zdarzeń komunikacyjnych wzrasta również podczas kiepskiej pogody. Gołoledź i nadmierna prędkość bywa zabójczym połączeniem. Jeśli chodzi o pory dnia – najwięcej pacjentów trafia na SOR wieczorem. W ciągu dnia bowiem osoby, które kiepsko się czują sądzą, że przecież w końcu ból ustąpi, więc próbują się jakoś przemęczyć. Poza tym są oni w ciągłym biegu, odbierają dzieci lub wnuki ze szkoły, muszą wyjść do sklepu i odebrać telefon, więc mniej o swoich dolegliwościach myślą. Kiedy przychodzi wieczór, nie tylko człowiek, ale i całe miasto się wycisza, ból daje o sobie znać ze zdwojoną siłą. Nie ma wyjścia – trzeba szukać ratunku.

Specjalnym okresem jest także pełnia księżyca, podczas której zachorowań, porodów, a nawet zaburzeń psychicznych jest więcej. – Zdarzają się też samobójcy – uzupełnia pani Ewa, dodając, że oczywiście o żadnej regule mówić nie można.

Ludzie boją się śmierci

Czy ratownicy spotykają się w swojej pracy z zabawnymi przypadkami? –Zdarzają się, ale jakoś tak człowiek jest skonstruowany, że w pamięci zostają mu raczej te tragiczne chwile. Jedno z pierwszych zdarzeń, które pamiętam do dziś to wypadek, w którym zginęło dziecko – wspomina pani Ewa. Czy ze śmiercią można się oswoić? - Nie jesteśmy robotami, które pozbierają poszkodowanego, trzasną drzwiami i zapominają. Śmierć nigdy nie jest lżejszym tematem. Jeśli dotyczy obcych ludzi to jest łatwiej, ale kiedy dotyka kogoś z naszych bliskich, to człowiek przeżywa tak samo jak każdy inny – kontynuuje nasza rozmówczyni.

Generalnie są dwa rodzaje rodzin. Jedni, kiedy usłyszą, że to ostatnie chwile matki, ojca czy innego członka rodziny chcą pozwolić mu odejść w spokoju, w domu. Drudzy natomiast boją się śmierci i nalegają, by ten ktoś jak najszybciej trafił do szpitala.

Wezwań do osób starszych zdecydowanie więcej jest przed świętami, długimi weekendami. – To widać, kiedy rodzina po prostu chce się kogoś pozbyć – opowiada pani Ewa, zaznaczając przy okazji, że ratownicy są świadkami nie tylko śmierci, ale i narodzin, choć takie sytuacje zdarzają się zdecydowanie rzadziej.

Stresowe sytuacje

Praca ratownika medycznego jest specyficzna – trzeba być odpornym na stres, mieć nerwy ze stali i duże poczucie odpowiedzialności. - Ludzie patrzą nam na ręce, czasami dosłownie wchodzą na plecy. W dobie telefonów komórkowych robią zdjęcia, nagrywają, a potem pojawiają się komentarze – relacjonuje pani Ewa. - Pamiętam taką sytuację – wypadek śmiertelny – kobieta leżała na jezdni, czekaliśmy na policję, a ludzie z każdej możliwej strony kombinowali, jak podejść bliżej, zajrzeć, co się dzieje. Jeden z panów stojących w tłumie wziął na ręce trzy- może czteroletnie dziecko i dosłownie pokazywał mu kobietę palcem. Takich sytuacji jest wiele, jednak nie wszystkie da się zapamiętać, ponieważ karetka wyjeżdża grubo ponad 3 tysiące razy w roku.

Zdarzają się też nieuzasadnione wezwania. – Bywa, że ktoś nas wzywa do drobnostki, zdarzyło się też, że przyjechaliśmy na miejsce, a pacjenta nie było. Rozmyślił się i uciekł. Często wyjeżdżamy do osób nietrzeźwych czy będących pod wpływem środków odurzających. Zazwyczaj karetkę wzywa osoba z otoczenia, ktoś, kto nie podejdzie do danej osoby i nie zapyta, co jej jest tylko z odległości kilkunastu metrów ocenia sytuację. Nasza rozmówczyni wspomina zdarzenie, kiedy na SOR dotarło wezwanie do wypadku, który rzekomo zdarzył się na granicy powiatu. – Pojechaliśmy na miejsce, ale na nic po drodze nie natrafiliśmy. Ktoś pewnie obserwował nas z domu i miał radochę, a w tym czasie ktoś inny mógł umrzeć – uświadamia pani Ewa.

Zdarza się również, że karetka przyjeżdża na miejsce, a poszkodowany czy chory nie chce o pomocy medycznej w ogóle słyszeć. – Nie możemy nikogo zmusić – wyjaśnia E. Manthey, dodając, że jeśli ktoś jest w naprawdę złym stanie to zazwyczaj jest półprzytomny lub nieprzytomny i nie ma z nim żadnej dyskusji.

Bywają sytuacje niejasne

Ratownik musi brać za swoje decyzje pełną odpowiedzialność. W końcu od tego, czy postawi właściwą diagnozę i poda odpowiedni lek zależy ludzkie życie.

Każdy przypadek jest inny. Zdarzają się takie, w których wielość objawów utrudnia stuprocentową diagnozę. – Diagnostyka w karetce jest mocno utrudniona, tam z reguły staramy się ustabilizować stan pacjenta. Jeśli mamy jakiekolwiek wątpliwości, potrzebujemy pomocy lub zgody na podanie leków spoza listy 29, do których mamy uprawnienia, wolno nam wezwać karetkę z lekarzem lub skonsultować się z nim telefonicznie. E. Manthey chce przy okazji obalić pewien mit. – Historie o sanitariuszu z pogotowia, który kiedyś był najgorszym złem dzisiaj można włożyć między bajki – mówi. – Ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym wymusza na nas doskonalenie zawodowe, zbieramy punkty edukacyjne, jeździmy na szkolenia.
Nerwy nie zawsze na wodzy

Powiat złotowski jest rozległy, nie da się w każdy jego zakątek dojechać w kilka minut. – To nie jest tak pstryk i jesteśmy – tłumaczy E. Manthey – te kilkanaście kilometrów musimy dojechać, a warunki na drodze bywają naprawdę różne. Często zdarza się, że ludzie wyzywają nas, krzyczą, dlaczego dojazd trwał tak długo i nie wykazują żadnego zrozumienia. Mam świadomość tego, że kiedy się na coś czeka czas bardzo się dłuży, ale mimo wszystko takie sytuacje nie są przyjemne.

Nie tylko nad członkami rodzin, ale również nad samymi pacjentami górę czasami biorą emocje. – Spotykamy się z agresją – przyznaje pani Ewa, przytaczając przykład sprzed kilku dobrych lat. – Kiedyś w trakcie dyżuru zaatakował mnie pacjent. Tak się akurat złożyło, że w pobliżu nikogo nie było, szybko poszłam jednak w stronę dyżurki kolegów. Kiedy wyszli zobaczyć, co się dzieje, mężczyzna uciekł. Gdyby nikogo wtedy nie było nie wiem, jak ta sprawa by się skończyła – podsumowuje. Trudno powiedzieć, jaki był motyw działania tego mężczyzny.
Koleżanka pani Ewy przeżyła dużo gorszą sytuację. Jeden z pacjentów chwycił ją za włosy i uderzył o ścianę. Co w takich sytuacjach ratownik może zrobić, jakie przysługują mu prawa? - Zostaliśmy uznani za funkcjonariuszy publicznych, tak samo jak od niedawna pielęgniarki i położne w trakcie pracy, więc chroni nas prawo.

Kolizje z życiem


Ratownik medyczny to nie pracownik fabryki, który kończy zmianę, zamyka za sobą drzwi i nie myśli o niczym. – Są takie przypadki, które wspomina się jeszcze przez wiele lat – opowiada E. Manthey.

Wybierając zawód ratownika trzeba się też pogodzić z systemem pracy. - Pracujemy przez całą dobę, przez cały rok, w sylwestra, święta, dni wolne od pracy. Kiedy reszta się bawi, ktoś z nas zawsze ma dyżur – kontynuuje. Zapytana przez nas o to, czy mimo to lubi swoją pracę, odpowiada, że nie wyobraża sobie żadnej innej. – Nie nadawałabym się do tego, żeby siedzieć 8 godzin za biurkiem.

SOR – owszem, ale nie zawsze

Karetki powinny wyjeżdżać tylko do stanów zagrożenia zdrowia i życia. Zawały, udary, wypadki komunikacyjne, napady drgawek, upadki z wysokości, utraty przytomności, rozpoczynający się poród – w tych sytuacjach można wezwać pogotowie.

Pamiętajmy – przedłużanie recept leków, gorsze samopoczucie związane z chorobą, o której wiemy i na którą się leczymy – w tych sprawach powinniśmy kontaktować się z lekarzem rodzinnym. Karetki nie należy również wzywać do zachorowań typu grypa, angina, przeziębienie czy gorączka, ponieważ nie są to stany zagrażające życiu.

Wyjątkiem są późne wieczory, noce i dni świąteczne – w tych okresach i porach dnia pacjenci mogą się zgłaszać do szpitala. Trzeba jednak wiedzieć, że ze świadczeń opieki nocnej i świątecznej należy korzystać wtedy, kiedy odnotowaliśmy objawy sugerujące bezpośrednie zagrożenie życia lub mogące spowodować uszczerbek na zdrowiu, kiedy zastosowane środki domowe lub leki dostępne bez recepty nie przyniosły spodziewanej poprawy i kiedy mamy istotne obawy, że oczekiwanie na otwarcie przychodni może niekorzystnie wpłynąć na nasz stan zdrowia.

Patrycja Koplin

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama