Paweł Roński od 36 lat zajmuje się niepełnosprawnym synem. Codziennie zabiera go na spacery po Złotowie i pokazuje mu piękno otaczającego ich świata. A piękno 67-latek widzi wszędzie
Świat poezji
28 lutego. Zimny deszcz zmywa z chodników języki zimy. Przechodnie wtuleni w cienie parasoli złorzeczą na pogodę. Pociemniałe od deszczówki nogawki spodni obniżają nastrój wszystkim, oprócz niego. Szare kurtka, szal i czapka nie są odzwierciedleniem jego duszy. Są nim jego niebieskie oczy.
„Ty oczy masz niebieskie, kto kocha takie oczy, życie ma mieć królewskie
Do szczęścia zwykłą drogą dojdę, bo nie chcę spotkać na niej róż
Bo szczęście moje będzie tam, gdzie z tobą będę ja
Będziemy wspólną drogą ze szczęściem szli – ja i ty”
Niezłomne 67-letnie usta idącego chodnikiem mężczyzny bez trudu powtarzają wiersz napisany przed blisko 50 laty przez pogrążoną w miłości dziewczynę z Franciszkowa. – Jak byłem w wojsku, to ten wiersz napisała dla mnie Zofia... – ostatnie słowo wargi mężczyzny wypuszczają z namaszczeniem. Oczy zrodzone w czasie kwitnącej majem wojennej zawieruchy patrzą w dal. I widzą piękno. - Wszędzie człowiek musi widzieć tę poezję ducha – każdym oddechem podkreśla złotowianin.
Pozdrowienie
- Dzieeń dobryy, czeeśść... – każda postać sunąca smutno pomiędzy kanciastymi bryłami domów może liczyć na niezobowiązujące pozdrowienie. 36 – letnie usta niemal mechanicznie rzucają te same słowa pod nogi kolejnych przechodniów. Nie każdy schyla się po skażone chorobą powitania, ale one nie przestają płynąć. Ignorancja i litość, kpina i współczucie – wszystkie tak samo spływają po pozbawionej emocji twarzy. Nienawykłe do pracy palce w sobie tylko znanym celu drą chłodne powietrze. Nie tworzą, nie odkrywają, są. Nogi niosą. Oczy widzą. Instynkt każe podążać za starszym mężczyzną. Idą złączeni metrami mokrego chodnika. Ojciec i syn.
Gdynio ukochana
Paweł Roński urodził się i wychował w Złotowie. W odświętnym ubraniu, wraz z tłumami równie jak on podnieconych rówieśników, wielokrotnie dumnie kroczył znajomymi ulicami. - Zawsze jak się szło w pochodzie ulicami miasta, to była ta radość, bo był 1 maja – każdy uśmiech mężczyzny podkreślony jest gestem dłoni. Tak jest gdy opowiada o szkole ćwiczeń, do której uczęszczał, nie inaczej, gdy wspomina nauczycieli zawodówki, którzy wyposażyli go w umiejętność spawania. Długie chude palce spokoju zaznają dopiero na zdjęciu złotowianina z czasów wojska. - Zrobiłem zdjęcie i poszedłem nagrać na nim piosenkę. Nie pamiętam jaką. Jak zapaliła się żarówka, to można było mówić i nagrać życzenia – twarz mężczyzny rozświetla się na wspomnienie 2 – letniej służby w Gdyni. - Obsługiwałem sztab główny marynarki wojennej, gazikiem jeździłem – w albumie przewracane są kolejne kartki. - Wołali DK 4236 na wyjazd! Pod sztab główny! Czasami na polowania jeździłem z admirałem Janczyszynem – na zdjęciu za kierownicą zielonego auta widać młodego, uśmiechniętego Pawła Rońskiego. Złotowianina, który kochał otaczający go świat.
„Ta ziemia gdyńska droższa mi niż inne, ani chcę, ani umiem o niej zapomnieć.
Tam morze wiatrami Kaszub przeszumiałe mi poezją mojej młodości, radości,
Gdzie wszystkie rzeczy niemożliwe i trudne dla mnie były do zrealizowania
Jeśli życie zaczynałbym od nowa, nigdy bym nie opuścił mojego ukochanego miasta Gdyni.”
Niech ktoś zatrzyma świat
- Pracowałem chwilę w Debrznie i w inwalidach pół roku, a potem, od 1 stycznia 1962 roku, w Unimetalu. Spawałem, byłem brygadzistą spawaczy – pokryta kilkudniowym zarostem twarz Pawła R. zdaje się ignorować rozmówce. Wspomina jakby sam dla siebie. Trzymając z spracowanej dłoni album ze starymi zdjęciami mężczyzna mówi o jednej ze swoich największych pasji: - Fotografowałem przyrodę, ptaki, krajobrazy. Długo siedziałem w tych chemikaliach, wywoływałem czarno-białe zdjęcia. Od rana wchodziłem w wywoływacz. Przed pracą, czy po pracy siedziałem i robiłem zdjęcia – ubrany we flanelową koszulę zapiętą na ostatni guzik mężczyzna wspomina kolejne aparaty – Praktykę, Zenita. - Miałem też duży teleobiektyw, to mogłem zdjęcia piękne robić. Fotografia była jak narkotyk. W zakładzie prowadziłem kronikę. Tu przyjeżdżały różne osobistości, był kiedyś Marek Pol, to jemu też zrobiłem zdjęcie. Byli tam ludzie na poziomie – złotowianin w każdej sytuacji dostrzega dobre strony. W każdej. - Byłem naczelnym kronikarzem drużyny kobiet, które w piłkę grały w Złotowie. Zawsze byłem na trybunie u góry i stamtąd tym obiektywem obserwowałem te akcje różne – tych zdjęć nie widać jednak w trzech kolejnych albumach wyjętych z ciemnej meblościanki. Dziś będący na emeryturze pan Paweł prawie nie fotografuje, ale wciąż jest czujny. - Mam mały kompaktowy aparat w kieszeni, ale na komputery nie przeszedłem, nie mam na to czasu…
Każdy ma jakieś zadanie
Rafał był pierwszym wakacyjnym promieniem 1976 roku. Pan Paweł czekał na niego z wielką nadzieją. - To zawsze dla człowieka jest radość – mówi ojciec o narodzinach syna. - Człowiek widzi wtedy piękno tego życia dzięki dziecku. Na tym rzecz polega – wagę słów podkreślają zaciśnięte palce 67 – latka. Nie rozluźniają się już gdy mówi o chorobie latorośli. - Jeździliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka do Warszawy i tam się okazało, że Rafał jest niepełnosprawny – na bladym obliczu złotowianina nie pojawia się żaden grymas. Ojciec nie ma żalu do losu ani Boga o chorobę syna. - Każdy człowiek dostaje pewnego rodzaju zadanie, które musi wykonać. My służymy synowi i jesteśmy zobowiązani do tego, żeby był zadowolony – Pawłowi Rońskiemu odnajdowanie radości tej posługi dane jest codziennie. - Gdyby człowiek nie wierzył w Boga, to mógłby się załamać. A tak jestem pełen siły, pełen optymizmu – oczy mężczyzny nie gasną ani na moment.
Oda do promenady
Paweł i Rafał Rońscy codziennie przemykają ulicami Złotowa. Są nierozłączni, ale każdy z osobna potrzebuje tego spaceru z innych powodów. - On musi się przejść, pochodzić żeby mógł spać lepiej – mówi ojciec o siedzącym w kuchni synu. - Jak chodzimy, to spotkamy kogoś znajomego, porozmawiamy. Są ludzie, którzy znają nas, powiedzą dobre słówko – podczas 2-2,5 godzinnych spacerów wydarzyć się może wiele. - Jak zjemy kolację, to idziemy na drugi, krótszy spacer - 1,5 godzinny – pan Paweł podkreśla wagę takiej terapii dla zdrowia syna. On sam przy tym może cieszyć się otaczającym go światem.
„Promenado moja ukochana, ty jesteś poezją, radością i sensem mego życia na tej ukochanej naszej Ziemi Złotowskiej
Gdy kroczę tą drogą czuję zapach szczęścia i miłości Bożej
Gdy kroczę dalej czuję, że tą drogą szedł Adam z Ewą do raju
Czyż moja droga może być inna?
Niech pokolenia Złotowian, którzy kroczyć będą tą drogą
odnajdą zawsze sens i piękno swego życia na tej naszej ukochanej Ziemi Złotowskiej.”
Od Krzyżaków do Miłosza
Siwiejący mężczyzna nie zapisuje wierszy, nawet wierszami ich nie nazywa. Po prostu wyraża to, co czuje. Co innego, że literatura zawsze go fascynowała. - Urzeka mnie to, że to co jest napisane jest piękne, prawdziwe. Bo już komputerowo można świat zmienić i to jest niewiarygodne. A w poezji można coś od serca powiedzieć – dłonie ponownie wędrują w górę w znajomym geście. - Kiedyś dużo czytałem. Jak nie mieliśmy telewizora, to dostałem, książkę „Krzyżacy”. Kładłem się na tapczan, otwierałem obojętnie gdzie i sobie czytałem. Znałem wszystko dokładnie. Jeżeli któryś raz się przeczytało, dużo rzeczy można było zrozumieć. Nie było nic cudowniejszego – mężczyzna zdaje się mówić, że to co najpiękniejsze rzadko jest na wierzchu. Dlatego niemal każdym zmęczonym słowem sławi piękno świata. - Trzeba mieć tę siłę ducha. Życzę tej pogody życia…
Delikatny uśmiech nie znika z twarzy mężczyzny nawet podczas pytania o trudy wychowania niepełnosprawnego syna. - Teraz ma złe dni, powtarza to samo tysiąc razy, kąpie się wiele razy, ale już dochodzi do siebie. Może jutro pójdzie na terapię do warsztatów. Tam się z kolegami spotka, trochę poćwiczy, porysuje, pomaluje – złotowianin poprawia się na przykrytej bordową kapą kanapie. – Nie chodzi o to, że człowiek ma nadmiar czegoś, ale musi komuś służyć, pracować nad sobą i wtedy jest nawet zadowolony wewnętrznie. Nie potrzebuje się obawiać niczego – twierdzi ojciec 36 – latka głaszcząc śnieżnobiałego kota łaszącego się do jego nóg. - On był bezdomny. To jest kochany kotek. Przychodzi, na pierś się położy. To jest cała prostota tej radości – tym razem jego ręka nie zdążyła pójść w górę, przeszkodziło jej pytanie o przyszłość. - Moja przyszłość to jest to, żebym mógł służyć Rafałowi. Żeby był zdrowszy, żeby mógł chodzić dobrze. W tej chwili myślę tylko o pozytywnych rzeczach. O negatywnych nie powinno się myśleć – wrodzony optymizm zdaje się przesłaniać P. Rońskiemu wszystko inne. I wtedy na plastikowej stronie albumu ze zdjęciami mężczyzna odnajduje fragment wiersza „Sens” Czesława Miłosza:
„Kiedy umrę, zobaczę podszewkę świata.
Drugą stronę, za ptakiem, górą i zachodem słońca.
Wzywające odczytania prawdziwe znaczenie.
Co nie zgadzało się, będzie się zgadzało.
Co było niepojęte, będzie pojęte(...)”
Ważne, że jutro pójdą z Rafałem na promenadę…
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze